sobota, 31 maja 2014

Rozdział 7

- Miona, nie przejmuj się nim. Wiesz jaki jest Ron. Przejdzie mu.
- No tak, Harry, ale o co mu właściwie chodziło? - spytała trochę przybita Hermiona.
- Pojęcia nie mam. Ale no wiesz, chyba chodzi o Ciebie i Freda.
Hermiona spojrzała na niego, niedowierzając, a potem wybuchnęła śmiechem. Harry spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy, ale potem uśmiechnął się promiennie. Opuścili już peron 9 i 3/4 i Harry najpierw zauważył państwo Granger, a potem swoje wujostwo. Skrzywił się.
- Pamiętaj Harry, tylko tydzień, później widzimy się w Norze! - powiedziała Hermiona, całując go na pożegnanie w policzek i uśmiechając się współczująco. - Wytrzymaj, Harry!
- Jasne - powiedział niechętnie oddając Mionie kufer. - Dbaj o siebie, mała.
- Spoko, duży - powiedziała, szczerząc się i odeszła do rodziców. Gdy matka ją przytulała, kątem oka zauważyła, jak Harry rzuca jej ostatnie, pełne zniechęcenia spojrzenie i znika za rogiem. Uśmiechnęła się do niego i odwróciła do rodziców.
- Mój Boże, Mionka, co Ci się stało?! - krzyknął jej ojciec.
- Och no wiesz, tato, mały wypadek na zielarstwie. Niektóre rośliny są straszne - powiedziała uśmiechając się. W dali zobaczyła Dracona Malfoya, który oddalał się ze swoją matką Narcyzą, ale jego chód przypomniał bardziej chód kaczki.
Wolę nie wnikać, co oni zrobili - pomyślała. To fakt - jeśli którykolwiek  z rudego rodzeństwa coś wykombinował, to w większości przypadków dla ogólnego dobra lepiej było nie dociekać, co to było.
Rodzice zapakowali jej bagaże do samochodu, a potem zabrali do domu. Był to mały, dwupiętrowy domek jednorodzinny na obrzeżach Londynu. Hermiona lubiła to miejsce - nocą chodziła na strych, wspinała się na parapet i oglądała gwiazdy przez okno w brązowym dachu, a popołudnia zwykle spędzała czytając książkę w ogrodzie.
- Miona, skarbie zanieś swoje rzeczy do siebie, ja zrobię z tatą Twoje ulubione naleśniki z czekoladą i zawołamy Cię - powiedziała pani Granger.
Hermiona zabrała więc swoje rzeczy i poszła na górę. Najpierw weszła do swojej łazienki - prostokątnego pomieszczenia z ogromnym lustrem, toaletą i kabiną prysznicową. Wyjęła z bagażu kosmetyki i szczoteczkę, a potem, upewniwszy się, że jej rodzice są już zajęci, zaczęła powoli odwijać bandaż na ramieniu.
- Nie jest tak źle - mruknęła, gdy jej oczom ukazały się bezkształtne litery. Tylko ten, kto wiedział, co jest tam napisane, mógł to rozczytać. Hermiona była pewna, że dla kogoś innego, na przykład jej rodziców, będą to tylko bezkształtne blizny, gdy tylko ranki się zagoją. Zmieniła opatrunek na nowy i poszła do swojego pokoju. Był dwa razy większy od łazienki, od której oddzielał go krótki korytarzyk. Ściany miały delikatny odcień mięty, a na podłodze położony był jasny, puszysty dywan. Pod ścianą, po lewej stronie od drzwi stało szerokie, jednoosobowe łóżko. Nad nim wisiała wielka tablica korkowa, na której było mnóstwo ruchomych zdjęć, kontakty do przyjaciół i tego typu rzeczy. Przez okno znajdujące się dokładnie naprzeciwko drzwi, wlała się smuga światła słonecznego, padająca na dużą, ciemną szafę, jakby zapraszając dziewczynę, by odłożyła tam swoje rzeczy. Ale Hermiona stała nad tablicą ze wzrokiem wbitym w jedno zdjęcie. Było tam sześcioro roześmianych nastolatków: ona, Harry, bliźniacy, Ron i Ginny. Przyjaciółki obejmowały się, Ron targał Harry'emu włosy, a Fred i George popychali się wzajemnie. Ale po dwóch sekundach jeden z identycznych rudzielców przerywał przepychanki i patrzył czule na... Hermionę. W jego ciepłym spojrzeniu czaiła się nieskończona miłość i uwielbienie. Wykorzystując nieuwagę brata, George powalił go na ziemię. Szatynka podniosła rękę i dotknęła twarzy Freda. Jak ja mogłam wcześniej tego nie zauważyć?
Hermiona uśmiechnęła się tkliwie. Zdjęcie zostało zrobione prawie dwa lata temu, kiedy to odbywały się Mistrzostwa Świata w Quidditchu i oboje z Harrym zostali zaproszeni do Nory. Czy już wtedy...?
Do pokoju wszedł jej ojciec. Hermiona zarumieniła się i opuściła rękę.
- Mionka, naleśniki gotowe. Jak będziesz gotowa, to zejdź do nas - uśmiechnął się i zamknął drzwi.
To właśnie było w nim najlepsze. Nigdy nie zadawał pytań, wiedział, co jego córka woli zachować dla siebie, a przede wszystkim z nikim nie dzielił się powierzonymi mu tajemnicami. Hermiona uśmiechnęła się, wepchnęła kufer do szafy i zbiegła po schodach. Usiadła przy kuchennym stole, zjadła swoją porcję naleśników, już po raz drugi tego dnia, podziękowała i wróciła do siebie. Jakoś nie miała ochoty rozmawiać teraz z rodzicami, wolała zrobić to rano, a teraz rozkoszować się swoim nowym odkryciem. Gdy tylko przekroczyła próg swego pokoju, jej wzrok od razu powędrował do zdjęcia, jakby bała się, że ktoś je zabrał, że po prostu rozpłynęło się w powietrzu. Jeszcze raz uśmiechnęła się do tych rozradowanych twarzy, pomknęła do łazienki, wzięła prysznic, umyła zęby i położyła się do łóżka. Jeszcze chwilę czytała, ale powieki same jej się zamykały. Odpięła to wyjątkowe zdjęcie i wetknęła je pod poduszkę. Wpatrywała się w sufit, czekając na sen, aż usłyszała natarczywe pukanie. Myślała, że to rodzice dobijają się do jej pokoju, ale gdy tylko usiadła na łóżku, zobaczyła Errola - starego puchacza Weasleyów. Serce podskoczyło jej do gardła. Otworzyła okno, a sowa ciężko klapnęła na jej biurko. Hermiona zeszła do kuchni, napełniła małą miseczkę wodą, wzięła kawałek chleba i biegiem wróciła na górę. Podsunęła pożywienie Errolowi i odwinęła karteczkę przywiązaną do jego nóżki.

Dobranoc, moja mała, nieśmiała piękności.

Wzięła z szuflady kartkę, odpisała Fredowi dobranoc, wypuściła puchacza i usiadła na łóżku z błogim uśmiechem. Przyciskając karteczkę do piersi zasnęła głębokim, spokojnym snem.



A oto wróciłam! Wiem, że długo mnie nie było, ale przez ten czas zdążyłam w wonnym czasie napisać kilka kolejnych rozdziałów, ale nie chciałam wracać, by zaraz nie powiedzieć, że muszę zawiesić bloga. Ten jest ciut krótki, ale ma być poniekąd wprowadzeniem, które zaciekawi Was i będziecie odwiedzać mojego bloga. Co tydzień nowy rozdział!
Przyjmuję wszystkie komentarze i wskazówki, więc jeśli czytasz - pisz ;)