sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 9

Brązowowłosa dziewczyna siedziała na parapecie w swoim pokoju, gdzie przed chwilą przyleciała stara sowa. Nastolatka ze łzami w oczach wściekle wpatrywała się w horyzont. Do piersi przyciskała małą karteczkę, na której wypisane były tylko cztery słowa:


Mam dowody. Zaraz będę.
Czy te dowody będą prawdziwe? - pomyślała - Czy ON mógłby mi to zrobić? Przecież wie, że ja go...

Nie dokończyła jednak tej myśli, bo do jej pokoju ktoś cichutko zapukał. Nie chcąc, żeby rodzice dowiedzieli się o przybyszu, nie krzyknęła 'proszę', tylko podeszła do drzwi i otworzyła je.

- Właź! - syknęła.

Do pokoju wsunął się wysoki nastolatek.

- Masz? - spytała rozgorączkowana.

- Mam - chłopak skrzywił się. - Jest zdjęcie, no i sam widziałem, JAK się całują.

- Pokaż - powiedziała władczym tonem. - No dawaj!

Nastolatek wyciągnął z kieszeni pomięte zdjęcie. Postacie na nim się poruszały! Przedstawiało ono jakąś młodą parę, chłopak trzymał niziutką szatynkę w ramionach i obracał się z nią wokół własnej osi, śmiejąc się i od czasu do czasu całując dziewczynę - w czoło, we włosy, w policzek. Wyglądali, jak najszczęśliwsi ludzie pod słońcem. Szatynka odwróciła głowę, żeby ukryć łzy. Nim ktokolwiek się odezwał, upłynęło już sporo czasu.

- No i co zrobimy? - spytał chłopak.

- Nie wiem. Pomyślę i dam ci znać. A teraz spadaj już stąd, bo moi rodzice zaraz tu wpadną.

Trzask! I dziewczyna była już sama w pokoju. Nie wiedziała,jakim sposobem jej gość zdobył prawo do teleportacji, ale to nie było teraz ważne. Mogła zostać sama. Rozejrzała się po swoim kwadratowym pokoju. Jej wzrok zatrzymał się w zacienionym jego rogu: najpierw na miotle, a potem na poruszającym się zdjęciu. Było na nim siedem osób, ubranych w te same, czerwono - złote barwy. Wszyscy wyszczerzyli się do fotografii. Dwóch chłopców było identycznych. Dziewczyna ze złością pobiegła w róg pomieszczenia i porwała zdjęcie. Gdy spojrzała na strzępy kartki, które leżały na podłodze, osunęła się po ścianie i rozpłakała. W lewej ręce trzymała jeszcze jedną fotografię. Zerknęła na nią, a widząc dwójkę szczęśliwych ludzi łzy popłynęły jej z oczu nieprzerwanym strumieniem.

W jej głowie zrodził się jednak chytry plan, który już niedługo zamierzała wprowadzić w życie.

~*~

Hermiona oderwała wzrok od książki i przymknęła powieki. Siedziała na kocu nad jeziorem w krótkich spodenkach i górnej części bikini. Na nosie miała okulary przeciwsłoneczne. Kończył się już lipiec: dziewczyna nie wiedziała, kiedy upłynęło tyle czasu. Położyła się wygodnie i zasnęła.

Kiedy obudziła się coś było wyraźnie nie tak. Spała najwięcej godzinę, a ze słonecznego popołudnia już nic nie zostało. Czarodziejka zmarszczyła czoło i zerknęła na niebo. Usłane było nawet nie granatowymi, ale wręcz czarnymi chmurami. Zaczęła gorączkowo przeszukiwać torbę i fałdy koca, ale nigdzie nie mogła znaleźć swojej różdżki.

Spokojnie powiedziała sobie w myślach. Założyła luźną bluzkę i rozpoczęła ponowne poszukiwania. Przerwał jej szmer dochodzący z krzewu głogu, którego liście poruszały się w taki sposób, że na pierwszy rzut oka można było poznać, że sprawcą tego ruchu nie jest letni wiaterek.

- Fred? George? - zaczęła cicho szatynka. To, że nie miała swojej różdżki, sprawiało, że była bezbronna oraz podwajało jej przerażenie. - Ron?

- Szukasz czegoś? - ten głos poznałaby wszędzie. Serce skoczyło jej do gardła. - Takie szlamy jak ty nigdy nie powinny wejść w posiadanie Twojej zguby.

Spośród liści wyłoniła się czarnowłosa czarownica. Jej skołtunione włosy opadały bezładnie na twarz, która przybrała szaleńczy, wręcz obłąkany wyraz. Była umorusana, ale poza tym prezentowała się całkiem dobrze - czarna suknia była idealnie dopasowana do jej smukłej sylwetki. W ręce trzymała dwie różdżki. W jednej z nich Hermiona rozpoznała swoją.

- Bellatriks Lestrange - cóż ty robisz w takim miejscu jak to? - Hermiona stwierdziła, że lepiej robić dobrą minę do złej gry, niż okazać strach lubującej go śmierciożerczyni.

- Przyszłam tu po ciebie - powiedziała czarownica takim tonem, jakby nic ją to nie obchodziło. Lekceważąco machnęła ręką. - I tak zginiesz, więc mogę ci zdradzić odrobinę mojego planu.

Hermiona milczała. Bellatriks usiadła po turecku na obszernym kocu, co zaskoczyło i jednocześnie przestraszyło nastolatkę. Właśnie szykowała się do wołania o pomoc.

- Nic ci to nie da, zedrzesz sobie tylko gardło - oznajmiła Lestrange szyderczym tonem. - To ode mnie Draco nauczył się Muffliato, więc i ja potrafię go używać. No więc widzisz, smarkulo, przyszłam tu po ciebie, bo stwierdziłam, że będziesz najlepszą przynętą na pewnego chłopca, a może nawet dwóch, jeśli nie trzech, których doskonale znasz. Więc na pierwszy ogień - Harry Potter. Cóż to by była za strata, odpuścić taką przyjaciółkę, jak pani Granger! - zachichotała. - Twój koleżka jest zbyt honorowy, żeby cię nie ratować. Skoro już o tym mówimy, to jest też Weasley. Ron, tak? Widzisz, moja droga, śmierciożercy potrafią działać tak, że nikt się o tym nie dowiaduje. Tak było też teraz. Ten brudny kundel cię kocha! - odrzuciła głowę i zaśmiała sie głośniej niż przedtem. - Chyba się domyślasz, kto jest tym trzecim - mrugnęła do Hermiony. Ta wzdrygnęła się. - Biedaczysko, straci głowę, kiedy dowie się, co się z tobą stało! Wielka strata, doprawdy, doprawdy - mruknęła szyderczo kobieta, podnosząc się z koca. Cały swój monolog wygłosiła prześmiewczym tonem, co było bardziej przerażające, niż gdyby wypowiadała to z wrogością.- No nic, kochaniutka, czas na nas.

Hermiona zebrała w sobie resztki odwagi i skrzyżowała ręce na piersi.

- Bardzo wygodne - oznajmiła sarkastycznie. - Pojawiasz się tu kiedy śpię, rzucasz zaklęcia, które sprawiają, że nikt nas nie słyszy i, jak mniemam, nie widzi. Zabierasz mi różdżkę, najwyraźniej nie mając odwagi stanąć do uczciwego pojedynku.

Lestrange wybuchnęła przerażającym śmiechem.

- Uważasz, że byłabyś w stanie mnie pokonać? Ty, mała, brudnokrwista dziewucha? - zaśmiała się głośniej. Kiedy się w końcu uspokoiła, znów zabrała głos. - Nie działaj mi na nerwy, dobrze ci radzę. Tam gdzie cię zabiorę nikt nie będzie dla ciebie na tyle łaskawy, jak ja teraz.

Obróciła się w miejscu i w ostatniej chwili za jednym zamachem zdjęła zaklęcia ochronne i złapała Hermionę za włosy. Rozpłynęły się w nicość, a gdy nad jeziorem nie było nikogo, czarne chmury rozproszyły się, a lipcowe słońce odbijało się w tafli jeziora.

~*~

- Stary, przysięgnij mi, że już nigdy nie będziesz gotował.

Dwóch identycznych rudzielców stało obok siebie w zagraconej, ale przytulnej kuchni Nory. Osłaniali nos i usta przed gęstym dymem, którego nie chciał poruszyć żaden, chociaż najmniejszy wiaterek. Fred opuścił z rezygnacją ręce i wyjął różdżkę z tylnej kieszeni jeansów.

- Chciałem jej zrobić niespodziankę - skrzywił się i magicznym sposobem zaczął wypędzać kłęby ciemnego dymu przez okno. Brat zaśmiał się, ale jego oczy zdradzały współczucie, więc pomógł rudzielcowi. Nie upłynęła minuta, a pomieszczenie wróciło do normalnego stanu.

- Wiem, ale to chyba jakiś znak, że Miona ich nie lubi - zachichotał George.

Brat szturchnął go ze złością w żebra, ale po chwili obaj zaśmiali się z kulinarnego wytworu Freda.

- Nawet nie chcę pytać, co to miało być. Masz szczęście, że rodzice zabrali Gin i Harry'ego na Pokątną. Skoro już o tym mówimy, to nie wiesz, po co tam pojechali?

Fred wzruszył ramionami.

- Pojęcia nie mam. Jeszcze spałem, kiedy wyjechali, a zostawili tylko kartkę na stole, sam widziałeś - spojrzał na zegarek. - Hermiona powinna już wrócić.

- Na jej miejscu, to też bym chciał na chwilę wyrwać się z twojego morderczego uścisku. Cały czas się mizdrzycie! - westchnął sfrustrowany George.

- Może jak znajdziesz sobie dziewczynę, to przestaniesz być taki chory z zazdrości - odgryzł się brat.

George zachichotał.

- Straszysz czy obiecujesz?

Fred poszedł w jego ślady. Zaśmiewali się tak, dopóki nie przerwał im Ron.

- Gdzie rodzice, George? - naburmuszony zwrócił się do brata.

Bliźniacy z trudem powściągnęli uśmiech. Oboje wiedzieli, że Ron jest śmiertelnie obrażony na Freda, ni mniej ni więcej za jego związek z Hermioną i nie odzywa się do niego od bitego miesiąca.

George umyślnie wzruszył ramionami i ruszył do drzwi.

- Freda spytaj - był już za progiem, odwrócił się do bliźniaka i za plecami Rona wyszczerzył się do swej kopii.

Ron był w potrzasku. Chciał wiedzieć, gdzie podziała się jego rodzina i najlepszy przyjaciel, ale musiałby się przełamać i spytać o to starszego brata. Żałował, że nie zwracał uwagi na to, co mówi Harry, gdy obudził go wczesnym rankiem, a zamiast tego zapadł w sen. Minęła już dobra minuta krępującego milczenia.

- Są z Ginny i Harrym na Pokątnej - powiedział w końcu rozbawiony Fred. - Nie zachowuj się jak dzieciak, Ron, któremu w piaskownicy zabrano ulubione grabki.

Uszy Rona zaczerwieniły się.

- A więc Hermiona jest dla ciebie tylko zabawką, tak? Ciekawe, co powie, kiedy jej to przekaże.

- Hermiona dobrze wie, kim dla mnie jest - powiedział spokojnie Fred, ale jego dłonie zacisnęły się w pięść - i daleko temu do zabawki. Nie zaczynaj kolejnej kłótni, Ron. Nie czytaj między wierszami.

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! - krzyknął Ronald tonem naburmuszonego przedszkolaka.

- Hej, hej, braciszku, spokojnie. Nikt cię tu nie obdziera ze skóry, więc zamknij na chwilę jadaczkę i słuchaj. Kocham Hermionę, ale ty jesteś moim bratem i nie chcę się z tobą kłócić, tym bardziej o nią. Nie widzisz tego, że ona to zauważa? Nie chce być powodem bójek między nami, tak jak to było ostatnio.

- Widzę to, dobrze to widzę, ale to twoja wina. Sam zaobserwowałeś, że mi się podoba, więc postanowiłeś, że będzie twoją kolejną zdobyczą, tak?

- Przesadzasz, Ron.

- Przesadzam? Ja przesadzam? - Ron był coraz bardziej zdenerwowany. - Ty obłudna świnio! Nie kochasz jej, chcesz mi tylko zrobić na złość!

I w tej chwili Fred rzucił się na niego.

Jednak George w porę stanął między braćmi.

- Ron, uspokój się. Nie wiesz, co mówisz twierdząc, że on jej nie kocha. Nie mieszkasz z nim w jednym pokoju - jak zwykle starał się obrócić wszystko w żart. Jednak teraz nie wyszło. Ron był nieugięty, a Fred miał rozeźlony wyraz twarzy i cały dygotał.

- Wyjdź stąd. Wyjdź stąd i nie wchodź mi w drogę, dopóki nie zmienisz zdania - powiedział bliźniak, wyrzucając z siebie kolejne słowa.

- Oczywiście, braciszku - powiedział Ron sakrastycznie i ukłonił się. - I tak zawsze wychodzi na twoje - i wyszedł.

- Nie przejmuj się nim - powiedział George - zapomni i mu przejdzie.

- Jasne - prychnął Fred. - Dzięki stary. Idę szukać Miony. Mógłbyś...

Ale nie zdążył skończyć zdania. Jego brat machnął różdżką, przywracając całkowity porządek w kuchni, a drugim machnięciem wyczarował ciasto cytrynowe.

- Nie wiem, jak ja ci się odwdzięczę - wyszczerzył się Freddie.

- Leć, a ja się poczęstuje moim dziełem sztuki.

Fred wypadł z domu jak strzała. Hermiona miała iść nad jezioro, więc udał się spacerkiem w tamtą stronę. Jednak gdy wyszedł na polankę przed zbirnikiem, ogarnęła go panika. Rzeczy Miony były porozrzucane, a koc złożony tylko w połowie.

- Miona? - zaczął cicho. Po chwili jego głos urósł jednak do rangi rozpaczliwego krzyku. - Hermiona! Miona, gdzie jesteś?!

Rozejrzał się i przeszukał tę część lasu, która znajdowała się w pobliżu polanki. Po nieudanych poszukiwaniach wrócił na nią. Podszedł do koca. To, co zobaczył sprawiło, że osunął się na kolana i zbaldł. Kępka czarnych, gęstych, kręconych włosów.


Lestrange.

 

- Stary, słychać cię w Norze - usłyszał głos brata, który dochodził od niego jakby z oddali, chociaż widział go tuż przed sobą. Był uśmiechnięty, jak zawsze, ale gdy tylko ujrzał brata, wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. - Rany, Fred, jesteś blady jak ściana! Co z tobą? Gdzie Hermiona?

Ale Fred uniósł tylko przerażone oczy na brata, a nie był w stanie wymówić ani słowa. Po chwili jednak rozczepił palce zwinięte w pięść i na koc wypadła garść skołtunionych włosów. George migiem skojarzył fakty.

- Jasna cholera!

Przez chwilę trwał w takiej samej panice, co brat, ale wziął się w garść, stanął na równe nogi i poderwał za sobą bliźniaka.

- Chodź, musimy coś zrobić.

I pociągnął Freda w stronę Nory. W jej drzwiach zastali Rona.

- Są już rodzice? - krzyknął George. Fred dalej nie mógł wymówić ani słowa.

- Nie. Co jest? Czemu jesteście sami? - Ron był coraz bardziej przerażony.

Jednak George odepchnął bezceremonialnie brata, a Freda siłą usadził na krześle w kuchni. Ron momentalnie go dogonił.

- Gdzie Hermiona? - spytał, potrząsając Fredem. George pociągnął go za tył podkoszulka.

- Śmierciożercy. Wygląda na to, że ją porwali.

- Zabrali ją... - odezwał się cicho Fred, jakby obudził się z transu. Bracia rzucili się w jego stronę, ale on oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. - Przyszła po nią... Jak mogłem zostawić ją samą... To moja wina...

- Nie to nie twoja wina, Fred. Nikt nie mógł tego przewidzieć, uspokój się. Poczekamy na rodziców i zaczniemy jej szukać.

- Poczekamy? George, nie wiesz, co oni mogą jej zrobić, co teraz z nią robią?! - Fred otrząsnął się i wydzierał na cały dom. Ron stał w miejscu jak porażony prądem.

- Co ona zrobiła... - powiedział szeptem, ale to i tak nie uszło uwadze bliźniaków.

- Kto? - krzyknęli równocześnie. Po Fredzie sprzed kilku minut nie zostało ani śladu. Był zdeterminowany i nie było takiej siły, która mogła go powstrzymać.

Ale Ron nie odezwał się ani słowem, umknął przed bliźniakami i rzucił się na schody. Bracia pobiegli za nim, ale on zatrzasnął już drzwi do swojego pokoju.

- O co mu chodziło?

- Nie wiem, George, ale musimy działać.

- Poczekaj, myśl logicznie. Dwójka nastolatków nie da rady bandzie śmierciożerców.

- Więc chcesz ją tak zostawić, tak? - ryknął Fred. - Hermionę, tą, która pomagała nam w powtarzaniu do egzaminów i dzięki której daliśmy radę je zdać? Tą, która zawsze starała sie wyplątać nas z kłopotów? A przede wszystkim dziewczynę, którą kocha twój rodzony brat? Co byś ty zrobił na moim miejscu? Czekałbyś na rodziców, a przy herbatce ustalił plan działania? Liczy się czas, który tracimy!

- Uspokój się, Freddie. Ja też ją kocham, jest dla mnie jak siostra i widzę, ile dla Ciebie znaczy. Ale...

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. A stanął w nich...

- Remus! Jak dobrze, że jesteś! Bellatriks Lestrange porwała Hermionę! Nie ma rodziców pojechali na Pokątną z Ginny i Harrym, Fred dostaje szału, chce się sam porwać na...

- Spokojnie George - powiedział Lupin, siłując się na opanowany ton. - Po kolei.

- Hermiona.. - zaczął Fred, ale skrzywił się.

- Hermiona poszła rano nad jezioro - wyręczył go brat. - Chciała iść sama. Po południu Fred poszedł jej szukać, ale znalazł tylko to - powiedział, pokazując kępkę czarnych włosów. - Musisz nam pomóc.

- Jasne, oczywiście. Chodźcie.

- Gdzie? - spytał Fred.

- Do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Wszyscy członkowie zostaną wezwani, zanim sami się tam znajdziemy, w tym wasi rodzice. Nie martw się Fred - dodał Remus, patrząc ze współczuciem na przygnębionego rudzielca. - znajdziemy ci twoją zgubę, szybciej niż się spodziewasz.

Oto jest kolejny rozdział :) Do mojej małej sielanki wkrada się zamieszanie, mam nadzieję, że się podoba. Przepraszam, ze dawno nic nie wrzuciłam, ale nie miałam dostępu do internetu. Nie wiem, jak to będzie z kolejnym rozdziałem, ponieważ wyjeżdżam i nie wiem, czy dam radę coś opublikować, jednak gdy tylko będę mogła, to wrzucę kolejną część.
Życzę Wam wszystkich wspaniałych wakacji, niezapomnianych przygód, poznania ciekawych ludzi, słońca i duuużo odpoczynku! :)

piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 8

Następnego ranka Hermiona obudziła się z uśmiechem na ustach. Przetarła oczy i spojrzała w okno. Do jej pokoju leniwie wlewały się promienie czerwcowego słońca. Szatynka poszła do łazienki, umyła zęby i wskoczyła pod prysznic. Namydliła się ananasowym płynem o słodkim, wręcz cukierkowym zapachu, który tak uwielbiała. W kabinie stała trochę dłużej, niż należało. Wpatrywała się w swoje odbicie w jasnych płytkach, rozmyślając o wczorajszym liściku. Jej policzki zrobiły się wściekle czerwone, co wcale nie było powodem gorącej wody. Zaczęła myśleć o Fredzie.
Czy to w ogóle możliwe, że mu się podobam?
Widzieliśmy się wczoraj, a ja już za nim tęsknię.
Hermiona wyszła w końcu z kabiny i stanęła twarzą w twarz ze swoim odbiciem. Przyjrzała się swoim dużym, czekoladowym oczom, pełnym, malinowym wargom i stwierdziła, że wcale nie zasługuje na miłość Freda. Jest przystojny, inteligentny, trochę lekkomyślny, ale mimo tego według niej był wręcz ideałem mężczyzny. A ona? Jest tylko kujonem. Wszyscy kojarzyli ją tylko jako pannę Wiem-To-Wszystko. Trochę posmutniała, ale w gruncie rzeczy... Gdyby jej nie kochał, to martwiłby się tak w pociągu? Gdyby jej nie kochał, to czy całowałby ją w TEN sposób? I to na oczach wszystkich uczniów? Gdyby jej nie kochał, to czy wysłałby jej ten liścik? Te rozmyślania trochę poprawiły jej humor, uśmiechnęła się do swojego odbicia. Założyła na siebie niebieską koszulę w kratkę i krótkie spodenki. Wyszła z łazienki i poszła do kuchni na śniadanie. Schodząc po schodach jej bose stopy cicho klapały o drewniane panele.
- Mamo? Tato? - krzyknęła Hermiona, przełykając tosta. Gdzie oni się podziali?
- Tutaj Mionka - odkrzyknęła jej matka. Głos dobiegał z salonu. - Masz gościa, chodź tu szybko!
Hermiona, zaciekawiona, udała się w stronę dużego pokoju. Na kanapie, tyłem do niej, siedział jakiś chłopak. Widać było tylko rude włosy. Serce zabiło jej szybciej.
- Fr... Ron?! - krzyknęła, akurat, gdy gość odwrócił się. Na jego twarzy był uśmiech, ale gdy usłyszał tą pomyłkę trochę przygasł. - Hej, co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem, żeby się z tobą zobaczyć - uśmiechnął się delikatnie.
- A.. no jasne - powiedziała, kiepsko ukrywając własne rozczarowanie. Miała szczerą nadzieję, że rudym osobnikiem był Fred. - Chodź, przejdziemy się.
Ron wstał, podziękował za gościnę państwu Granger. Gdy odwrócił się tak, że nie widział już rodziców Hermiony, jej matka szturchnęła ojca i spojrzała na niego wymownie, a potem w ten sam sposób uśmiechnęła się do córki, na co Ryan wywrócił oczami.
Szatynka wyszła przez frontowe drzwi, a Ron podążył za nią. Przez chwilę szli w zupełnej ciszy, którą w końcu przerwała Hermiona.
- No więc... Po co przyjechałeś?
- Tak właściwie to chciałem spytać jak się czujesz.
- Mogłeś wysłać mi sowę.
- No tak, ale... Wolałem się z tobą zobaczyć.
Hermiona przystanęła, wpatrując się w kompana. Po chwili jednak odwróciła się w stronę otaczających ich drzew. Szli po żwirowej ścieżce, więc co chwila kopali małe kamyczki.
- Chciałem cię przeprosić - odezwał się w końcu rudy.
Miona nic nie odpowiedziała, więc chłopak kontynuował:
- Zachowałem się jak ostatni dupek. Nie wiem co mnie napadło, żeby nawet nie spytać co z twoją ręką. Ale tak właściwie dowiedziałem się od F-Freda - powiedział na jednym wydechu, jąkając się na ostatnim wyrazie.
- Hm. Z grzeczności nie zaprzeczę - wyszczerzyła się gryfonka. - Ale przeprosiny przyjęte. Tylko, wiesz co, następnym razem, jak będziesz miał zamiar się na mnie obrazić, to powiedz mi chociaż o co chodzi.
- Jasne - zaśmiał się Ron i nagle objął Hermionę. Dziewczynę trochę zaniepokoił ten uścisk - bynajmniej nie był to przyjacielski przytulas.
- Ekhm... Ron... Wiesz, udusisz mnie - wykrztusiła Miona.
- Przepraszam - wyszczerzył się Ron i puścił Hermę. Jednym palcem zahaczył o palec dziewczyny, ale ta udała, że drapie się w czoło, a potem skrzyżowała ręce na piersiach, żeby je czymś zająć. Uszli parę metrów, aż nagle rudy zastąpił dziewczynie drogę.
- Hermiona - położył jej ręce na ramionach. - Powiedz mi.
- Co? Ron, o co ci chodzi? - spytała, odrobinę zbita z tropu.
- Jest coś... No wiesz... Między tobą a Fredem? - wbił palce w jej skórę trochę mocniej.
- Ron... Ja nie będę cię oszukiwać... - powiedziała wymijająco.
- Czyli tak?
- Tak.
Ron zrobił się czerwony ze złości. Jeszcze mocniej ściskał ramiona szatynki.
- Ron, puszczaj, to boli! - krzyknęła Miona i zaczęła się wyrywać. Nie miało to żadnego sensu. Ron był od niej wiele wyższy i na pewno sto razy silniejszy.
- NIE POZWALAM! SŁYSZYSZ? NIE POZWALAM CI Z NIM BYĆ! NIE MOŻESZ!!!
- WYBACZ RON, ALE NIE BĘDĘ CIĘ PYTAŁA O ZDANIE! - zdenerwowana Hermiona też zaczęła krzyczeć.
Szarpali się jeszcze przez chwilę, ale Ron powoli się uspokajał, choć nadal nie rozluźnił uścisku. Nagle Hermionę mocno zapiekły rany na ramieniu. Zrobiła się tak słaba, że osunęła się na kolana, ale nie straciła przytomności.
- Herma?! Hermiona! Co ci jest?! Nie ruszaj się, idę po pomoc! - Ron zbladł i cała złość zupełnie z niego wyparowała.
- Nie.
- Hermiona, zgłupiałaś?! Wyglądasz, jakbyś zaraz mi tu miała zejść.
- Nie, Ron. Nic mi nie jest. Pójdę do domu i się położę.
Rudy posłusznie pomógł Hermionie wstać i ruszył z nią w stronę mieszkania. Naciskał już klamkę, gdy szatynka przystanęła gwałtownie.
- Wracaj do domu Ron.
- Ale..
- Nie. Chcę być sama. Wracaj już.
- Chcę być przy tobie, nie mam pojęcia co ci jest. Ja...
- Ron, nie. Powiedziałam ci, wracaj do domu. Dam sobie radę.
Rudy przyglądał się jej chwilę z zaniepokojeniem, ale odpuścił. Wiedział, że jak Hermiona się na coś uprze, to nie ma przeproś. Odwrócił się i odszedł bez pożegnania, wciskając dłonie do kieszeni. Miona westchnęła, otworzyła drzwi i skierowała się od razu do kuchni.
- To ty, Mionka? - usłyszała krzyk matki.
Nie, mamo, to złodziej, który próbuje ukraść ci talerze. pomyślała.
- Tak - odkrzyknęła słabym głosem. Z szafki wzięła szklankę, napełniła ją wodą z kranu i całym ciężarem oparła się na kuchennym blacie. Czuła się, jakby miała zaraz zemdleć. Opróżniła naczynie, przymknęła oczy i potarła sobie czoło.
- Co ci jest? Coś się stało? - spanikowana matka zaczęła krążyć po całej kuchni. - Ryan, dzwoń po lekarza!
- Nie, żadnego lekarza - powiedziała stanowczo Hermiona. - Nic mi nie jest. Położę się i po krzyku.
- Hermiona takich rzeczy nie można bagatelizować! Może...
- Mamo, to rana po ma-magicznej roślinie. Nie mogę jej pokazać lekarzowi.
- Och.. No tak - zmieszała się pani Granger. - Pomóc ci jakoś? Potrzebujesz czegoś?
- Nie, dzięki. Pójdę do siebie i się zdrzemnę - powiedziała, napełniając jeszcze raz szklankę.
- Jasne. Uważaj na siebie kochanie - powiedziała zatroskana matka, gładząc szatynkę po policzku.
Hermiona posłała jej słaby uśmiech, podniosła szklankę i ruszyła na górę. Wchodziła po schodach bardzo ostrożnie, kurczowo trzymając się barierki. W końcu dotarła do swojego pokoju. Upiła łyk wody, wzięła z fotela cienki koc i ułożyła się na łóżku. Leżała kilka minut z zamkniętymi powiekami, ale sen nie przychodził. Hermiona wstała i, tak cicho jak mogła, przeszła do swojej łazienki. Delikatnie odwinęła bandaż i odłożyła na miejsce gazę. To co zobaczyła, sprawiło, że wydała z siebie cichy syk. Ranki, które rano już odrobinę się zabliźniły, zaczęły znów obficie krwawić. Miona nie miała pojęcia, co robić. Rodzice pewnie wiedzieliby, ale dziewczyna nie chciała ich niepokoić. Jedyne, co przyszło jej do głowy, to przemycie ran wodą utlenioną i zmiana opatrunku, tak też zrobiła. Podczas zabiegu rany zapiekły jeszcze bardziej, ale Hermiona zacisnęła zęby i pięć minut później wróciła do pokoju. Ponownie ułożyła się na łóżku. Prawdę mówiąc miała nadzieję, że zaśnie, bo tylko wtedy zapomni o bólu. Zamknęła oczy i zaczęła kontrolować oddech, który od czasu dziwnego napadu był nienaturalnie przyspieszony. Po chwili zmorzył ją sen.
~*~
Właściwie, to nie wiedziała, ile spała, ale słońce zdążyło już zejść na tyle nisko, że schowało się za niewielkim zagajnikiem sprawiając, że olbrzymie dęby rzucały długie cienie. Dopiero po chwili Hermiona wyczuła ruch tuż nad swoją głową.
- FRED! Co ty tu.. - krzyknęła, ale rudzielec zasłonił jej usta dłonią.
- Nie krzycz tak - powiedział cicho. - Twoi rodzice zaraz tu wpadną i mnie wygonią. A tego nie chce - uśmiechnął się w sposób, który Hermiona lubiła najbardziej. Nie mogąc się powstrzymać, przysiadł na jej łóżku, objął ją troskliwie i przyciągnął jej usta do swoich. Całował ją delikatnie, a jego ciepłe wargi były tak cudownie miękkie... Gryfoni zapomnieli o bożym świecie. Dopiero, gdy obojgu zabrakło tchu, oderwali się od siebie.
- Co ty tu robisz? - wyszeptała Miona.
- Usłyszałem, jak Ron opowiada Ginny, jak to przyjechał tu do ciebie i co się wydarzyło. Ze mną oczywiście nie rozmawia. Ciekawe dlaczego - tu mrugnął do Hermiony. - Usłyszałem, jak mówił, że rozmawialiście, a ty nagle zasłabłaś. Wtedy od razu deportowałem się do ciebie do pokoju. Ale George dalej podsłuchiwał, więc pewnie mi wszystko opowie. Co się stało?
- Nie wiem. Roz... No tak, rozmawialiśmy i nagle zapiekło mnie ramię. Nic wielkiego.
- Zawsze wszystko bagatelizujesz. Draco powinien się modlić, żebym nie spotkał go na szkolnym korytarzu. Przysięgam, jak tylko go zobaczę, to połamię mu wszystkie kości.
- Hej, spokojnie, nie wiedziałam, że jesteś w gorącej wodzie kąpany - uśmiechnęła się Herma.
Fred spojrzał na nią i uniósł jedną brew.
- No dobra, wiedziałam.
Fred nagle mocno ją przytulił.
- Nigdy więcej mi tego nie rób - wyszeptał w jej włosy i pocałował ją w czubek głowy.
- Przysięgam, że nie zrobię, bo zaraz połamiesz mi wszystkie żebra - wyjęczała Miona.
Fred rozluźnił uścisk, ale nadal obejmował dziewczynę.
- W ciągu tych kilku dni napędziłaś mi więcej strachu, niż wszyscy razem wzięci przez całe moje życie - powiedział.
- Przepraszam.
- Masz jakąś manię z tym przepraszaniem, czy co?
Hermiona zachichotała. Leżeli tak jeszcze przez chwilę, gdy usłyszeli kroki na schodach.
- Rodzice! - jęknęła Hermiona.
Fred zsunął się z łóżka, pocałował dziewczynę w czoło, rozległ się głośny trzask i już go nie było.
Drzwi  uchyliły się i do pokoju wszedł Ryan Granger.
- Co to było, Mionka?
- Nic, tylko książka mi spadła z szafki - powiedziała, przeciągając się. Uważnie obserwowała twarz ojca, żeby sprawdzić, czy uwierzył.
- Wyspałaś się? - spytał. A więc uwierzył.
- O tak, dziękuję. Od razu mi lepiej.
- Cieszę się.
- Która godzina, tato?
- Już po osiemnastej. Jesteś głodna?
- Naprawdę? Nie, dzięki, jakoś nie mam apetytu.
- Okej, ale zjedz coś jeszcze dzisiaj. Gdybyś czegoś potrzebowała, jesteśmy z matką na dole.
- Jasne, dziękuję - powiedziała z uśmiechem Hermiona.
Gdy drzwi zamknęły się za panem Granger, w okno zapukała sowa. Miona uśmiechnęła się, wpuściła Errola i odwinęła karteczkę przywiązaną do jego nóżki. Napisane było na niej tylko jedno słowo:

Wrócę.

I wrócił. W ciągu tygodnia Fred pojawił się u niej w domu jeszcze trzy razy. W poniedziałkowe popołudnie rodzice stali na podjeździe domu z zapakowanym po brzegi samochodem. Ryan serdecznie uściskał córkę i kazał jej na siebie uważać oraz dzwonić przynajmniej raz w tygodniu, natomiast matka Hermy rozpłakała się na dobre. Nawet, kiedy po wielu zapewnieniach, że Hermiona będzie bezpieczna i będzie w dobrych rękach, Alexandra siedziała już w samochodzie, łzy spływały jej po policzkach.
- Dzwoń do nas jak najczęściej kochanie - krzyknęła przez okno. - Miłych wakacji!
Hermiona stała przed domem i machała im tak długo, aż znikli za zakrętem. Kiedy nie mogła już dojrzeć samochodu rodziców, odetchnęła głęboko i weszła do domu. W przedpokoju był też jej kufer, gotowy do drogi do Nory. Nie wiedziała, kto z Weasley'ów i o której ma się pojawić w jej domu, więc minęła walizkę i poszła zrobić sobie kanapkę. W kuchni jednak siedziały już dwie rude postacie.
- George, Ginny! - krzyknęła Hermiona, a przyjaciółka rzuciła się jej w ramiona.
- No wiesz co nawet własnego chłopaka nie rozpoznajesz! - rudy zrobił obrażoną minę.
- George, daj spokój, potrafię was rozróżniać.
- Ech, kolejna osoba, która się na to nie nabiera. Może jednak nie jesteśmy bliźniakami? - spytał, udając przerażenie.
- Z całą pewnością jesteście - powiedziała Ginny, uśmiechając się do brata. - Chodź Hermi, czas też na nas!
Pozbierali wszystkie rzeczy Hermiony, ta zamknęła dom na klucz i przeszli do zagajnika.
- Będziemy się teleportować, więc nikt nie może nas zobaczyć - wyjaśniła Ginny, odciążając zranione ramię Hermiony od dużej torby tak, że szatynka niosła teraz tylko Krzywołapa.
- No dobra, miłe panie, to teraz za rączki i już nas nie ma - powiedział radośnie rudzielec. Wszyscy posłusznie złapali się za ręce i chwilę później Hermiona poczuła ssanie w okolicy pępka i otoczyła ją ciemność. Potem znaleźli się przed Norą.
- Hermiona! - krzyknęła pani Weasley. - Jak miło cię widzieć, kochanie! Zaraz będzie kol...
Nie dane jej jednak było skończyć. Fred wyskoczył z domu, odsunął matkę na bok i porwał Hermionę w objęcia, całując ją tak, jak jeszcze nigdy przedtem.




I oto jest, kolejny rozdział! Wiem, że akcja może nie jest zbyt szybka. Mam nadzieję, że pomimo tego się podoba. Dedykuje go Tymbarkowej, dzięki której wróciłam na bloga. ;)
Jeśli czytasz - skomentuj! ;)