wtorek, 5 sierpnia 2014

CDN!!!!

Kochani, serdecznie przepraszam, ale ja tylko na sekundkę.
W te wakacje niestety nic nie wrzucę, naprawdę przepraszam, ale pozwólcie, że wytłumaczę.
Wyjechałam, a kiedy wróciłam, to poszłam do szpitala. Teraz wyszłam na chwilę do domu, potem znów wracam na tydzień, mam wesele cioci a następnie jadę do rodziny nad morze.
Wybaczcie, ale naprawdę nie mam kiedy pisać.
Przyrzekam, że w roku szkolnym wrócimy do rozdziału tygodniowo.
Pozdrawiam!

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 9

Brązowowłosa dziewczyna siedziała na parapecie w swoim pokoju, gdzie przed chwilą przyleciała stara sowa. Nastolatka ze łzami w oczach wściekle wpatrywała się w horyzont. Do piersi przyciskała małą karteczkę, na której wypisane były tylko cztery słowa:


Mam dowody. Zaraz będę.
Czy te dowody będą prawdziwe? - pomyślała - Czy ON mógłby mi to zrobić? Przecież wie, że ja go...

Nie dokończyła jednak tej myśli, bo do jej pokoju ktoś cichutko zapukał. Nie chcąc, żeby rodzice dowiedzieli się o przybyszu, nie krzyknęła 'proszę', tylko podeszła do drzwi i otworzyła je.

- Właź! - syknęła.

Do pokoju wsunął się wysoki nastolatek.

- Masz? - spytała rozgorączkowana.

- Mam - chłopak skrzywił się. - Jest zdjęcie, no i sam widziałem, JAK się całują.

- Pokaż - powiedziała władczym tonem. - No dawaj!

Nastolatek wyciągnął z kieszeni pomięte zdjęcie. Postacie na nim się poruszały! Przedstawiało ono jakąś młodą parę, chłopak trzymał niziutką szatynkę w ramionach i obracał się z nią wokół własnej osi, śmiejąc się i od czasu do czasu całując dziewczynę - w czoło, we włosy, w policzek. Wyglądali, jak najszczęśliwsi ludzie pod słońcem. Szatynka odwróciła głowę, żeby ukryć łzy. Nim ktokolwiek się odezwał, upłynęło już sporo czasu.

- No i co zrobimy? - spytał chłopak.

- Nie wiem. Pomyślę i dam ci znać. A teraz spadaj już stąd, bo moi rodzice zaraz tu wpadną.

Trzask! I dziewczyna była już sama w pokoju. Nie wiedziała,jakim sposobem jej gość zdobył prawo do teleportacji, ale to nie było teraz ważne. Mogła zostać sama. Rozejrzała się po swoim kwadratowym pokoju. Jej wzrok zatrzymał się w zacienionym jego rogu: najpierw na miotle, a potem na poruszającym się zdjęciu. Było na nim siedem osób, ubranych w te same, czerwono - złote barwy. Wszyscy wyszczerzyli się do fotografii. Dwóch chłopców było identycznych. Dziewczyna ze złością pobiegła w róg pomieszczenia i porwała zdjęcie. Gdy spojrzała na strzępy kartki, które leżały na podłodze, osunęła się po ścianie i rozpłakała. W lewej ręce trzymała jeszcze jedną fotografię. Zerknęła na nią, a widząc dwójkę szczęśliwych ludzi łzy popłynęły jej z oczu nieprzerwanym strumieniem.

W jej głowie zrodził się jednak chytry plan, który już niedługo zamierzała wprowadzić w życie.

~*~

Hermiona oderwała wzrok od książki i przymknęła powieki. Siedziała na kocu nad jeziorem w krótkich spodenkach i górnej części bikini. Na nosie miała okulary przeciwsłoneczne. Kończył się już lipiec: dziewczyna nie wiedziała, kiedy upłynęło tyle czasu. Położyła się wygodnie i zasnęła.

Kiedy obudziła się coś było wyraźnie nie tak. Spała najwięcej godzinę, a ze słonecznego popołudnia już nic nie zostało. Czarodziejka zmarszczyła czoło i zerknęła na niebo. Usłane było nawet nie granatowymi, ale wręcz czarnymi chmurami. Zaczęła gorączkowo przeszukiwać torbę i fałdy koca, ale nigdzie nie mogła znaleźć swojej różdżki.

Spokojnie powiedziała sobie w myślach. Założyła luźną bluzkę i rozpoczęła ponowne poszukiwania. Przerwał jej szmer dochodzący z krzewu głogu, którego liście poruszały się w taki sposób, że na pierwszy rzut oka można było poznać, że sprawcą tego ruchu nie jest letni wiaterek.

- Fred? George? - zaczęła cicho szatynka. To, że nie miała swojej różdżki, sprawiało, że była bezbronna oraz podwajało jej przerażenie. - Ron?

- Szukasz czegoś? - ten głos poznałaby wszędzie. Serce skoczyło jej do gardła. - Takie szlamy jak ty nigdy nie powinny wejść w posiadanie Twojej zguby.

Spośród liści wyłoniła się czarnowłosa czarownica. Jej skołtunione włosy opadały bezładnie na twarz, która przybrała szaleńczy, wręcz obłąkany wyraz. Była umorusana, ale poza tym prezentowała się całkiem dobrze - czarna suknia była idealnie dopasowana do jej smukłej sylwetki. W ręce trzymała dwie różdżki. W jednej z nich Hermiona rozpoznała swoją.

- Bellatriks Lestrange - cóż ty robisz w takim miejscu jak to? - Hermiona stwierdziła, że lepiej robić dobrą minę do złej gry, niż okazać strach lubującej go śmierciożerczyni.

- Przyszłam tu po ciebie - powiedziała czarownica takim tonem, jakby nic ją to nie obchodziło. Lekceważąco machnęła ręką. - I tak zginiesz, więc mogę ci zdradzić odrobinę mojego planu.

Hermiona milczała. Bellatriks usiadła po turecku na obszernym kocu, co zaskoczyło i jednocześnie przestraszyło nastolatkę. Właśnie szykowała się do wołania o pomoc.

- Nic ci to nie da, zedrzesz sobie tylko gardło - oznajmiła Lestrange szyderczym tonem. - To ode mnie Draco nauczył się Muffliato, więc i ja potrafię go używać. No więc widzisz, smarkulo, przyszłam tu po ciebie, bo stwierdziłam, że będziesz najlepszą przynętą na pewnego chłopca, a może nawet dwóch, jeśli nie trzech, których doskonale znasz. Więc na pierwszy ogień - Harry Potter. Cóż to by była za strata, odpuścić taką przyjaciółkę, jak pani Granger! - zachichotała. - Twój koleżka jest zbyt honorowy, żeby cię nie ratować. Skoro już o tym mówimy, to jest też Weasley. Ron, tak? Widzisz, moja droga, śmierciożercy potrafią działać tak, że nikt się o tym nie dowiaduje. Tak było też teraz. Ten brudny kundel cię kocha! - odrzuciła głowę i zaśmiała sie głośniej niż przedtem. - Chyba się domyślasz, kto jest tym trzecim - mrugnęła do Hermiony. Ta wzdrygnęła się. - Biedaczysko, straci głowę, kiedy dowie się, co się z tobą stało! Wielka strata, doprawdy, doprawdy - mruknęła szyderczo kobieta, podnosząc się z koca. Cały swój monolog wygłosiła prześmiewczym tonem, co było bardziej przerażające, niż gdyby wypowiadała to z wrogością.- No nic, kochaniutka, czas na nas.

Hermiona zebrała w sobie resztki odwagi i skrzyżowała ręce na piersi.

- Bardzo wygodne - oznajmiła sarkastycznie. - Pojawiasz się tu kiedy śpię, rzucasz zaklęcia, które sprawiają, że nikt nas nie słyszy i, jak mniemam, nie widzi. Zabierasz mi różdżkę, najwyraźniej nie mając odwagi stanąć do uczciwego pojedynku.

Lestrange wybuchnęła przerażającym śmiechem.

- Uważasz, że byłabyś w stanie mnie pokonać? Ty, mała, brudnokrwista dziewucha? - zaśmiała się głośniej. Kiedy się w końcu uspokoiła, znów zabrała głos. - Nie działaj mi na nerwy, dobrze ci radzę. Tam gdzie cię zabiorę nikt nie będzie dla ciebie na tyle łaskawy, jak ja teraz.

Obróciła się w miejscu i w ostatniej chwili za jednym zamachem zdjęła zaklęcia ochronne i złapała Hermionę za włosy. Rozpłynęły się w nicość, a gdy nad jeziorem nie było nikogo, czarne chmury rozproszyły się, a lipcowe słońce odbijało się w tafli jeziora.

~*~

- Stary, przysięgnij mi, że już nigdy nie będziesz gotował.

Dwóch identycznych rudzielców stało obok siebie w zagraconej, ale przytulnej kuchni Nory. Osłaniali nos i usta przed gęstym dymem, którego nie chciał poruszyć żaden, chociaż najmniejszy wiaterek. Fred opuścił z rezygnacją ręce i wyjął różdżkę z tylnej kieszeni jeansów.

- Chciałem jej zrobić niespodziankę - skrzywił się i magicznym sposobem zaczął wypędzać kłęby ciemnego dymu przez okno. Brat zaśmiał się, ale jego oczy zdradzały współczucie, więc pomógł rudzielcowi. Nie upłynęła minuta, a pomieszczenie wróciło do normalnego stanu.

- Wiem, ale to chyba jakiś znak, że Miona ich nie lubi - zachichotał George.

Brat szturchnął go ze złością w żebra, ale po chwili obaj zaśmiali się z kulinarnego wytworu Freda.

- Nawet nie chcę pytać, co to miało być. Masz szczęście, że rodzice zabrali Gin i Harry'ego na Pokątną. Skoro już o tym mówimy, to nie wiesz, po co tam pojechali?

Fred wzruszył ramionami.

- Pojęcia nie mam. Jeszcze spałem, kiedy wyjechali, a zostawili tylko kartkę na stole, sam widziałeś - spojrzał na zegarek. - Hermiona powinna już wrócić.

- Na jej miejscu, to też bym chciał na chwilę wyrwać się z twojego morderczego uścisku. Cały czas się mizdrzycie! - westchnął sfrustrowany George.

- Może jak znajdziesz sobie dziewczynę, to przestaniesz być taki chory z zazdrości - odgryzł się brat.

George zachichotał.

- Straszysz czy obiecujesz?

Fred poszedł w jego ślady. Zaśmiewali się tak, dopóki nie przerwał im Ron.

- Gdzie rodzice, George? - naburmuszony zwrócił się do brata.

Bliźniacy z trudem powściągnęli uśmiech. Oboje wiedzieli, że Ron jest śmiertelnie obrażony na Freda, ni mniej ni więcej za jego związek z Hermioną i nie odzywa się do niego od bitego miesiąca.

George umyślnie wzruszył ramionami i ruszył do drzwi.

- Freda spytaj - był już za progiem, odwrócił się do bliźniaka i za plecami Rona wyszczerzył się do swej kopii.

Ron był w potrzasku. Chciał wiedzieć, gdzie podziała się jego rodzina i najlepszy przyjaciel, ale musiałby się przełamać i spytać o to starszego brata. Żałował, że nie zwracał uwagi na to, co mówi Harry, gdy obudził go wczesnym rankiem, a zamiast tego zapadł w sen. Minęła już dobra minuta krępującego milczenia.

- Są z Ginny i Harrym na Pokątnej - powiedział w końcu rozbawiony Fred. - Nie zachowuj się jak dzieciak, Ron, któremu w piaskownicy zabrano ulubione grabki.

Uszy Rona zaczerwieniły się.

- A więc Hermiona jest dla ciebie tylko zabawką, tak? Ciekawe, co powie, kiedy jej to przekaże.

- Hermiona dobrze wie, kim dla mnie jest - powiedział spokojnie Fred, ale jego dłonie zacisnęły się w pięść - i daleko temu do zabawki. Nie zaczynaj kolejnej kłótni, Ron. Nie czytaj między wierszami.

- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! - krzyknął Ronald tonem naburmuszonego przedszkolaka.

- Hej, hej, braciszku, spokojnie. Nikt cię tu nie obdziera ze skóry, więc zamknij na chwilę jadaczkę i słuchaj. Kocham Hermionę, ale ty jesteś moim bratem i nie chcę się z tobą kłócić, tym bardziej o nią. Nie widzisz tego, że ona to zauważa? Nie chce być powodem bójek między nami, tak jak to było ostatnio.

- Widzę to, dobrze to widzę, ale to twoja wina. Sam zaobserwowałeś, że mi się podoba, więc postanowiłeś, że będzie twoją kolejną zdobyczą, tak?

- Przesadzasz, Ron.

- Przesadzam? Ja przesadzam? - Ron był coraz bardziej zdenerwowany. - Ty obłudna świnio! Nie kochasz jej, chcesz mi tylko zrobić na złość!

I w tej chwili Fred rzucił się na niego.

Jednak George w porę stanął między braćmi.

- Ron, uspokój się. Nie wiesz, co mówisz twierdząc, że on jej nie kocha. Nie mieszkasz z nim w jednym pokoju - jak zwykle starał się obrócić wszystko w żart. Jednak teraz nie wyszło. Ron był nieugięty, a Fred miał rozeźlony wyraz twarzy i cały dygotał.

- Wyjdź stąd. Wyjdź stąd i nie wchodź mi w drogę, dopóki nie zmienisz zdania - powiedział bliźniak, wyrzucając z siebie kolejne słowa.

- Oczywiście, braciszku - powiedział Ron sakrastycznie i ukłonił się. - I tak zawsze wychodzi na twoje - i wyszedł.

- Nie przejmuj się nim - powiedział George - zapomni i mu przejdzie.

- Jasne - prychnął Fred. - Dzięki stary. Idę szukać Miony. Mógłbyś...

Ale nie zdążył skończyć zdania. Jego brat machnął różdżką, przywracając całkowity porządek w kuchni, a drugim machnięciem wyczarował ciasto cytrynowe.

- Nie wiem, jak ja ci się odwdzięczę - wyszczerzył się Freddie.

- Leć, a ja się poczęstuje moim dziełem sztuki.

Fred wypadł z domu jak strzała. Hermiona miała iść nad jezioro, więc udał się spacerkiem w tamtą stronę. Jednak gdy wyszedł na polankę przed zbirnikiem, ogarnęła go panika. Rzeczy Miony były porozrzucane, a koc złożony tylko w połowie.

- Miona? - zaczął cicho. Po chwili jego głos urósł jednak do rangi rozpaczliwego krzyku. - Hermiona! Miona, gdzie jesteś?!

Rozejrzał się i przeszukał tę część lasu, która znajdowała się w pobliżu polanki. Po nieudanych poszukiwaniach wrócił na nią. Podszedł do koca. To, co zobaczył sprawiło, że osunął się na kolana i zbaldł. Kępka czarnych, gęstych, kręconych włosów.


Lestrange.

 

- Stary, słychać cię w Norze - usłyszał głos brata, który dochodził od niego jakby z oddali, chociaż widział go tuż przed sobą. Był uśmiechnięty, jak zawsze, ale gdy tylko ujrzał brata, wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. - Rany, Fred, jesteś blady jak ściana! Co z tobą? Gdzie Hermiona?

Ale Fred uniósł tylko przerażone oczy na brata, a nie był w stanie wymówić ani słowa. Po chwili jednak rozczepił palce zwinięte w pięść i na koc wypadła garść skołtunionych włosów. George migiem skojarzył fakty.

- Jasna cholera!

Przez chwilę trwał w takiej samej panice, co brat, ale wziął się w garść, stanął na równe nogi i poderwał za sobą bliźniaka.

- Chodź, musimy coś zrobić.

I pociągnął Freda w stronę Nory. W jej drzwiach zastali Rona.

- Są już rodzice? - krzyknął George. Fred dalej nie mógł wymówić ani słowa.

- Nie. Co jest? Czemu jesteście sami? - Ron był coraz bardziej przerażony.

Jednak George odepchnął bezceremonialnie brata, a Freda siłą usadził na krześle w kuchni. Ron momentalnie go dogonił.

- Gdzie Hermiona? - spytał, potrząsając Fredem. George pociągnął go za tył podkoszulka.

- Śmierciożercy. Wygląda na to, że ją porwali.

- Zabrali ją... - odezwał się cicho Fred, jakby obudził się z transu. Bracia rzucili się w jego stronę, ale on oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. - Przyszła po nią... Jak mogłem zostawić ją samą... To moja wina...

- Nie to nie twoja wina, Fred. Nikt nie mógł tego przewidzieć, uspokój się. Poczekamy na rodziców i zaczniemy jej szukać.

- Poczekamy? George, nie wiesz, co oni mogą jej zrobić, co teraz z nią robią?! - Fred otrząsnął się i wydzierał na cały dom. Ron stał w miejscu jak porażony prądem.

- Co ona zrobiła... - powiedział szeptem, ale to i tak nie uszło uwadze bliźniaków.

- Kto? - krzyknęli równocześnie. Po Fredzie sprzed kilku minut nie zostało ani śladu. Był zdeterminowany i nie było takiej siły, która mogła go powstrzymać.

Ale Ron nie odezwał się ani słowem, umknął przed bliźniakami i rzucił się na schody. Bracia pobiegli za nim, ale on zatrzasnął już drzwi do swojego pokoju.

- O co mu chodziło?

- Nie wiem, George, ale musimy działać.

- Poczekaj, myśl logicznie. Dwójka nastolatków nie da rady bandzie śmierciożerców.

- Więc chcesz ją tak zostawić, tak? - ryknął Fred. - Hermionę, tą, która pomagała nam w powtarzaniu do egzaminów i dzięki której daliśmy radę je zdać? Tą, która zawsze starała sie wyplątać nas z kłopotów? A przede wszystkim dziewczynę, którą kocha twój rodzony brat? Co byś ty zrobił na moim miejscu? Czekałbyś na rodziców, a przy herbatce ustalił plan działania? Liczy się czas, który tracimy!

- Uspokój się, Freddie. Ja też ją kocham, jest dla mnie jak siostra i widzę, ile dla Ciebie znaczy. Ale...

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. A stanął w nich...

- Remus! Jak dobrze, że jesteś! Bellatriks Lestrange porwała Hermionę! Nie ma rodziców pojechali na Pokątną z Ginny i Harrym, Fred dostaje szału, chce się sam porwać na...

- Spokojnie George - powiedział Lupin, siłując się na opanowany ton. - Po kolei.

- Hermiona.. - zaczął Fred, ale skrzywił się.

- Hermiona poszła rano nad jezioro - wyręczył go brat. - Chciała iść sama. Po południu Fred poszedł jej szukać, ale znalazł tylko to - powiedział, pokazując kępkę czarnych włosów. - Musisz nam pomóc.

- Jasne, oczywiście. Chodźcie.

- Gdzie? - spytał Fred.

- Do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Wszyscy członkowie zostaną wezwani, zanim sami się tam znajdziemy, w tym wasi rodzice. Nie martw się Fred - dodał Remus, patrząc ze współczuciem na przygnębionego rudzielca. - znajdziemy ci twoją zgubę, szybciej niż się spodziewasz.

Oto jest kolejny rozdział :) Do mojej małej sielanki wkrada się zamieszanie, mam nadzieję, że się podoba. Przepraszam, ze dawno nic nie wrzuciłam, ale nie miałam dostępu do internetu. Nie wiem, jak to będzie z kolejnym rozdziałem, ponieważ wyjeżdżam i nie wiem, czy dam radę coś opublikować, jednak gdy tylko będę mogła, to wrzucę kolejną część.
Życzę Wam wszystkich wspaniałych wakacji, niezapomnianych przygód, poznania ciekawych ludzi, słońca i duuużo odpoczynku! :)

piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 8

Następnego ranka Hermiona obudziła się z uśmiechem na ustach. Przetarła oczy i spojrzała w okno. Do jej pokoju leniwie wlewały się promienie czerwcowego słońca. Szatynka poszła do łazienki, umyła zęby i wskoczyła pod prysznic. Namydliła się ananasowym płynem o słodkim, wręcz cukierkowym zapachu, który tak uwielbiała. W kabinie stała trochę dłużej, niż należało. Wpatrywała się w swoje odbicie w jasnych płytkach, rozmyślając o wczorajszym liściku. Jej policzki zrobiły się wściekle czerwone, co wcale nie było powodem gorącej wody. Zaczęła myśleć o Fredzie.
Czy to w ogóle możliwe, że mu się podobam?
Widzieliśmy się wczoraj, a ja już za nim tęsknię.
Hermiona wyszła w końcu z kabiny i stanęła twarzą w twarz ze swoim odbiciem. Przyjrzała się swoim dużym, czekoladowym oczom, pełnym, malinowym wargom i stwierdziła, że wcale nie zasługuje na miłość Freda. Jest przystojny, inteligentny, trochę lekkomyślny, ale mimo tego według niej był wręcz ideałem mężczyzny. A ona? Jest tylko kujonem. Wszyscy kojarzyli ją tylko jako pannę Wiem-To-Wszystko. Trochę posmutniała, ale w gruncie rzeczy... Gdyby jej nie kochał, to martwiłby się tak w pociągu? Gdyby jej nie kochał, to czy całowałby ją w TEN sposób? I to na oczach wszystkich uczniów? Gdyby jej nie kochał, to czy wysłałby jej ten liścik? Te rozmyślania trochę poprawiły jej humor, uśmiechnęła się do swojego odbicia. Założyła na siebie niebieską koszulę w kratkę i krótkie spodenki. Wyszła z łazienki i poszła do kuchni na śniadanie. Schodząc po schodach jej bose stopy cicho klapały o drewniane panele.
- Mamo? Tato? - krzyknęła Hermiona, przełykając tosta. Gdzie oni się podziali?
- Tutaj Mionka - odkrzyknęła jej matka. Głos dobiegał z salonu. - Masz gościa, chodź tu szybko!
Hermiona, zaciekawiona, udała się w stronę dużego pokoju. Na kanapie, tyłem do niej, siedział jakiś chłopak. Widać było tylko rude włosy. Serce zabiło jej szybciej.
- Fr... Ron?! - krzyknęła, akurat, gdy gość odwrócił się. Na jego twarzy był uśmiech, ale gdy usłyszał tą pomyłkę trochę przygasł. - Hej, co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem, żeby się z tobą zobaczyć - uśmiechnął się delikatnie.
- A.. no jasne - powiedziała, kiepsko ukrywając własne rozczarowanie. Miała szczerą nadzieję, że rudym osobnikiem był Fred. - Chodź, przejdziemy się.
Ron wstał, podziękował za gościnę państwu Granger. Gdy odwrócił się tak, że nie widział już rodziców Hermiony, jej matka szturchnęła ojca i spojrzała na niego wymownie, a potem w ten sam sposób uśmiechnęła się do córki, na co Ryan wywrócił oczami.
Szatynka wyszła przez frontowe drzwi, a Ron podążył za nią. Przez chwilę szli w zupełnej ciszy, którą w końcu przerwała Hermiona.
- No więc... Po co przyjechałeś?
- Tak właściwie to chciałem spytać jak się czujesz.
- Mogłeś wysłać mi sowę.
- No tak, ale... Wolałem się z tobą zobaczyć.
Hermiona przystanęła, wpatrując się w kompana. Po chwili jednak odwróciła się w stronę otaczających ich drzew. Szli po żwirowej ścieżce, więc co chwila kopali małe kamyczki.
- Chciałem cię przeprosić - odezwał się w końcu rudy.
Miona nic nie odpowiedziała, więc chłopak kontynuował:
- Zachowałem się jak ostatni dupek. Nie wiem co mnie napadło, żeby nawet nie spytać co z twoją ręką. Ale tak właściwie dowiedziałem się od F-Freda - powiedział na jednym wydechu, jąkając się na ostatnim wyrazie.
- Hm. Z grzeczności nie zaprzeczę - wyszczerzyła się gryfonka. - Ale przeprosiny przyjęte. Tylko, wiesz co, następnym razem, jak będziesz miał zamiar się na mnie obrazić, to powiedz mi chociaż o co chodzi.
- Jasne - zaśmiał się Ron i nagle objął Hermionę. Dziewczynę trochę zaniepokoił ten uścisk - bynajmniej nie był to przyjacielski przytulas.
- Ekhm... Ron... Wiesz, udusisz mnie - wykrztusiła Miona.
- Przepraszam - wyszczerzył się Ron i puścił Hermę. Jednym palcem zahaczył o palec dziewczyny, ale ta udała, że drapie się w czoło, a potem skrzyżowała ręce na piersiach, żeby je czymś zająć. Uszli parę metrów, aż nagle rudy zastąpił dziewczynie drogę.
- Hermiona - położył jej ręce na ramionach. - Powiedz mi.
- Co? Ron, o co ci chodzi? - spytała, odrobinę zbita z tropu.
- Jest coś... No wiesz... Między tobą a Fredem? - wbił palce w jej skórę trochę mocniej.
- Ron... Ja nie będę cię oszukiwać... - powiedziała wymijająco.
- Czyli tak?
- Tak.
Ron zrobił się czerwony ze złości. Jeszcze mocniej ściskał ramiona szatynki.
- Ron, puszczaj, to boli! - krzyknęła Miona i zaczęła się wyrywać. Nie miało to żadnego sensu. Ron był od niej wiele wyższy i na pewno sto razy silniejszy.
- NIE POZWALAM! SŁYSZYSZ? NIE POZWALAM CI Z NIM BYĆ! NIE MOŻESZ!!!
- WYBACZ RON, ALE NIE BĘDĘ CIĘ PYTAŁA O ZDANIE! - zdenerwowana Hermiona też zaczęła krzyczeć.
Szarpali się jeszcze przez chwilę, ale Ron powoli się uspokajał, choć nadal nie rozluźnił uścisku. Nagle Hermionę mocno zapiekły rany na ramieniu. Zrobiła się tak słaba, że osunęła się na kolana, ale nie straciła przytomności.
- Herma?! Hermiona! Co ci jest?! Nie ruszaj się, idę po pomoc! - Ron zbladł i cała złość zupełnie z niego wyparowała.
- Nie.
- Hermiona, zgłupiałaś?! Wyglądasz, jakbyś zaraz mi tu miała zejść.
- Nie, Ron. Nic mi nie jest. Pójdę do domu i się położę.
Rudy posłusznie pomógł Hermionie wstać i ruszył z nią w stronę mieszkania. Naciskał już klamkę, gdy szatynka przystanęła gwałtownie.
- Wracaj do domu Ron.
- Ale..
- Nie. Chcę być sama. Wracaj już.
- Chcę być przy tobie, nie mam pojęcia co ci jest. Ja...
- Ron, nie. Powiedziałam ci, wracaj do domu. Dam sobie radę.
Rudy przyglądał się jej chwilę z zaniepokojeniem, ale odpuścił. Wiedział, że jak Hermiona się na coś uprze, to nie ma przeproś. Odwrócił się i odszedł bez pożegnania, wciskając dłonie do kieszeni. Miona westchnęła, otworzyła drzwi i skierowała się od razu do kuchni.
- To ty, Mionka? - usłyszała krzyk matki.
Nie, mamo, to złodziej, który próbuje ukraść ci talerze. pomyślała.
- Tak - odkrzyknęła słabym głosem. Z szafki wzięła szklankę, napełniła ją wodą z kranu i całym ciężarem oparła się na kuchennym blacie. Czuła się, jakby miała zaraz zemdleć. Opróżniła naczynie, przymknęła oczy i potarła sobie czoło.
- Co ci jest? Coś się stało? - spanikowana matka zaczęła krążyć po całej kuchni. - Ryan, dzwoń po lekarza!
- Nie, żadnego lekarza - powiedziała stanowczo Hermiona. - Nic mi nie jest. Położę się i po krzyku.
- Hermiona takich rzeczy nie można bagatelizować! Może...
- Mamo, to rana po ma-magicznej roślinie. Nie mogę jej pokazać lekarzowi.
- Och.. No tak - zmieszała się pani Granger. - Pomóc ci jakoś? Potrzebujesz czegoś?
- Nie, dzięki. Pójdę do siebie i się zdrzemnę - powiedziała, napełniając jeszcze raz szklankę.
- Jasne. Uważaj na siebie kochanie - powiedziała zatroskana matka, gładząc szatynkę po policzku.
Hermiona posłała jej słaby uśmiech, podniosła szklankę i ruszyła na górę. Wchodziła po schodach bardzo ostrożnie, kurczowo trzymając się barierki. W końcu dotarła do swojego pokoju. Upiła łyk wody, wzięła z fotela cienki koc i ułożyła się na łóżku. Leżała kilka minut z zamkniętymi powiekami, ale sen nie przychodził. Hermiona wstała i, tak cicho jak mogła, przeszła do swojej łazienki. Delikatnie odwinęła bandaż i odłożyła na miejsce gazę. To co zobaczyła, sprawiło, że wydała z siebie cichy syk. Ranki, które rano już odrobinę się zabliźniły, zaczęły znów obficie krwawić. Miona nie miała pojęcia, co robić. Rodzice pewnie wiedzieliby, ale dziewczyna nie chciała ich niepokoić. Jedyne, co przyszło jej do głowy, to przemycie ran wodą utlenioną i zmiana opatrunku, tak też zrobiła. Podczas zabiegu rany zapiekły jeszcze bardziej, ale Hermiona zacisnęła zęby i pięć minut później wróciła do pokoju. Ponownie ułożyła się na łóżku. Prawdę mówiąc miała nadzieję, że zaśnie, bo tylko wtedy zapomni o bólu. Zamknęła oczy i zaczęła kontrolować oddech, który od czasu dziwnego napadu był nienaturalnie przyspieszony. Po chwili zmorzył ją sen.
~*~
Właściwie, to nie wiedziała, ile spała, ale słońce zdążyło już zejść na tyle nisko, że schowało się za niewielkim zagajnikiem sprawiając, że olbrzymie dęby rzucały długie cienie. Dopiero po chwili Hermiona wyczuła ruch tuż nad swoją głową.
- FRED! Co ty tu.. - krzyknęła, ale rudzielec zasłonił jej usta dłonią.
- Nie krzycz tak - powiedział cicho. - Twoi rodzice zaraz tu wpadną i mnie wygonią. A tego nie chce - uśmiechnął się w sposób, który Hermiona lubiła najbardziej. Nie mogąc się powstrzymać, przysiadł na jej łóżku, objął ją troskliwie i przyciągnął jej usta do swoich. Całował ją delikatnie, a jego ciepłe wargi były tak cudownie miękkie... Gryfoni zapomnieli o bożym świecie. Dopiero, gdy obojgu zabrakło tchu, oderwali się od siebie.
- Co ty tu robisz? - wyszeptała Miona.
- Usłyszałem, jak Ron opowiada Ginny, jak to przyjechał tu do ciebie i co się wydarzyło. Ze mną oczywiście nie rozmawia. Ciekawe dlaczego - tu mrugnął do Hermiony. - Usłyszałem, jak mówił, że rozmawialiście, a ty nagle zasłabłaś. Wtedy od razu deportowałem się do ciebie do pokoju. Ale George dalej podsłuchiwał, więc pewnie mi wszystko opowie. Co się stało?
- Nie wiem. Roz... No tak, rozmawialiśmy i nagle zapiekło mnie ramię. Nic wielkiego.
- Zawsze wszystko bagatelizujesz. Draco powinien się modlić, żebym nie spotkał go na szkolnym korytarzu. Przysięgam, jak tylko go zobaczę, to połamię mu wszystkie kości.
- Hej, spokojnie, nie wiedziałam, że jesteś w gorącej wodzie kąpany - uśmiechnęła się Herma.
Fred spojrzał na nią i uniósł jedną brew.
- No dobra, wiedziałam.
Fred nagle mocno ją przytulił.
- Nigdy więcej mi tego nie rób - wyszeptał w jej włosy i pocałował ją w czubek głowy.
- Przysięgam, że nie zrobię, bo zaraz połamiesz mi wszystkie żebra - wyjęczała Miona.
Fred rozluźnił uścisk, ale nadal obejmował dziewczynę.
- W ciągu tych kilku dni napędziłaś mi więcej strachu, niż wszyscy razem wzięci przez całe moje życie - powiedział.
- Przepraszam.
- Masz jakąś manię z tym przepraszaniem, czy co?
Hermiona zachichotała. Leżeli tak jeszcze przez chwilę, gdy usłyszeli kroki na schodach.
- Rodzice! - jęknęła Hermiona.
Fred zsunął się z łóżka, pocałował dziewczynę w czoło, rozległ się głośny trzask i już go nie było.
Drzwi  uchyliły się i do pokoju wszedł Ryan Granger.
- Co to było, Mionka?
- Nic, tylko książka mi spadła z szafki - powiedziała, przeciągając się. Uważnie obserwowała twarz ojca, żeby sprawdzić, czy uwierzył.
- Wyspałaś się? - spytał. A więc uwierzył.
- O tak, dziękuję. Od razu mi lepiej.
- Cieszę się.
- Która godzina, tato?
- Już po osiemnastej. Jesteś głodna?
- Naprawdę? Nie, dzięki, jakoś nie mam apetytu.
- Okej, ale zjedz coś jeszcze dzisiaj. Gdybyś czegoś potrzebowała, jesteśmy z matką na dole.
- Jasne, dziękuję - powiedziała z uśmiechem Hermiona.
Gdy drzwi zamknęły się za panem Granger, w okno zapukała sowa. Miona uśmiechnęła się, wpuściła Errola i odwinęła karteczkę przywiązaną do jego nóżki. Napisane było na niej tylko jedno słowo:

Wrócę.

I wrócił. W ciągu tygodnia Fred pojawił się u niej w domu jeszcze trzy razy. W poniedziałkowe popołudnie rodzice stali na podjeździe domu z zapakowanym po brzegi samochodem. Ryan serdecznie uściskał córkę i kazał jej na siebie uważać oraz dzwonić przynajmniej raz w tygodniu, natomiast matka Hermy rozpłakała się na dobre. Nawet, kiedy po wielu zapewnieniach, że Hermiona będzie bezpieczna i będzie w dobrych rękach, Alexandra siedziała już w samochodzie, łzy spływały jej po policzkach.
- Dzwoń do nas jak najczęściej kochanie - krzyknęła przez okno. - Miłych wakacji!
Hermiona stała przed domem i machała im tak długo, aż znikli za zakrętem. Kiedy nie mogła już dojrzeć samochodu rodziców, odetchnęła głęboko i weszła do domu. W przedpokoju był też jej kufer, gotowy do drogi do Nory. Nie wiedziała, kto z Weasley'ów i o której ma się pojawić w jej domu, więc minęła walizkę i poszła zrobić sobie kanapkę. W kuchni jednak siedziały już dwie rude postacie.
- George, Ginny! - krzyknęła Hermiona, a przyjaciółka rzuciła się jej w ramiona.
- No wiesz co nawet własnego chłopaka nie rozpoznajesz! - rudy zrobił obrażoną minę.
- George, daj spokój, potrafię was rozróżniać.
- Ech, kolejna osoba, która się na to nie nabiera. Może jednak nie jesteśmy bliźniakami? - spytał, udając przerażenie.
- Z całą pewnością jesteście - powiedziała Ginny, uśmiechając się do brata. - Chodź Hermi, czas też na nas!
Pozbierali wszystkie rzeczy Hermiony, ta zamknęła dom na klucz i przeszli do zagajnika.
- Będziemy się teleportować, więc nikt nie może nas zobaczyć - wyjaśniła Ginny, odciążając zranione ramię Hermiony od dużej torby tak, że szatynka niosła teraz tylko Krzywołapa.
- No dobra, miłe panie, to teraz za rączki i już nas nie ma - powiedział radośnie rudzielec. Wszyscy posłusznie złapali się za ręce i chwilę później Hermiona poczuła ssanie w okolicy pępka i otoczyła ją ciemność. Potem znaleźli się przed Norą.
- Hermiona! - krzyknęła pani Weasley. - Jak miło cię widzieć, kochanie! Zaraz będzie kol...
Nie dane jej jednak było skończyć. Fred wyskoczył z domu, odsunął matkę na bok i porwał Hermionę w objęcia, całując ją tak, jak jeszcze nigdy przedtem.




I oto jest, kolejny rozdział! Wiem, że akcja może nie jest zbyt szybka. Mam nadzieję, że pomimo tego się podoba. Dedykuje go Tymbarkowej, dzięki której wróciłam na bloga. ;)
Jeśli czytasz - skomentuj! ;)

sobota, 31 maja 2014

Rozdział 7

- Miona, nie przejmuj się nim. Wiesz jaki jest Ron. Przejdzie mu.
- No tak, Harry, ale o co mu właściwie chodziło? - spytała trochę przybita Hermiona.
- Pojęcia nie mam. Ale no wiesz, chyba chodzi o Ciebie i Freda.
Hermiona spojrzała na niego, niedowierzając, a potem wybuchnęła śmiechem. Harry spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy, ale potem uśmiechnął się promiennie. Opuścili już peron 9 i 3/4 i Harry najpierw zauważył państwo Granger, a potem swoje wujostwo. Skrzywił się.
- Pamiętaj Harry, tylko tydzień, później widzimy się w Norze! - powiedziała Hermiona, całując go na pożegnanie w policzek i uśmiechając się współczująco. - Wytrzymaj, Harry!
- Jasne - powiedział niechętnie oddając Mionie kufer. - Dbaj o siebie, mała.
- Spoko, duży - powiedziała, szczerząc się i odeszła do rodziców. Gdy matka ją przytulała, kątem oka zauważyła, jak Harry rzuca jej ostatnie, pełne zniechęcenia spojrzenie i znika za rogiem. Uśmiechnęła się do niego i odwróciła do rodziców.
- Mój Boże, Mionka, co Ci się stało?! - krzyknął jej ojciec.
- Och no wiesz, tato, mały wypadek na zielarstwie. Niektóre rośliny są straszne - powiedziała uśmiechając się. W dali zobaczyła Dracona Malfoya, który oddalał się ze swoją matką Narcyzą, ale jego chód przypomniał bardziej chód kaczki.
Wolę nie wnikać, co oni zrobili - pomyślała. To fakt - jeśli którykolwiek  z rudego rodzeństwa coś wykombinował, to w większości przypadków dla ogólnego dobra lepiej było nie dociekać, co to było.
Rodzice zapakowali jej bagaże do samochodu, a potem zabrali do domu. Był to mały, dwupiętrowy domek jednorodzinny na obrzeżach Londynu. Hermiona lubiła to miejsce - nocą chodziła na strych, wspinała się na parapet i oglądała gwiazdy przez okno w brązowym dachu, a popołudnia zwykle spędzała czytając książkę w ogrodzie.
- Miona, skarbie zanieś swoje rzeczy do siebie, ja zrobię z tatą Twoje ulubione naleśniki z czekoladą i zawołamy Cię - powiedziała pani Granger.
Hermiona zabrała więc swoje rzeczy i poszła na górę. Najpierw weszła do swojej łazienki - prostokątnego pomieszczenia z ogromnym lustrem, toaletą i kabiną prysznicową. Wyjęła z bagażu kosmetyki i szczoteczkę, a potem, upewniwszy się, że jej rodzice są już zajęci, zaczęła powoli odwijać bandaż na ramieniu.
- Nie jest tak źle - mruknęła, gdy jej oczom ukazały się bezkształtne litery. Tylko ten, kto wiedział, co jest tam napisane, mógł to rozczytać. Hermiona była pewna, że dla kogoś innego, na przykład jej rodziców, będą to tylko bezkształtne blizny, gdy tylko ranki się zagoją. Zmieniła opatrunek na nowy i poszła do swojego pokoju. Był dwa razy większy od łazienki, od której oddzielał go krótki korytarzyk. Ściany miały delikatny odcień mięty, a na podłodze położony był jasny, puszysty dywan. Pod ścianą, po lewej stronie od drzwi stało szerokie, jednoosobowe łóżko. Nad nim wisiała wielka tablica korkowa, na której było mnóstwo ruchomych zdjęć, kontakty do przyjaciół i tego typu rzeczy. Przez okno znajdujące się dokładnie naprzeciwko drzwi, wlała się smuga światła słonecznego, padająca na dużą, ciemną szafę, jakby zapraszając dziewczynę, by odłożyła tam swoje rzeczy. Ale Hermiona stała nad tablicą ze wzrokiem wbitym w jedno zdjęcie. Było tam sześcioro roześmianych nastolatków: ona, Harry, bliźniacy, Ron i Ginny. Przyjaciółki obejmowały się, Ron targał Harry'emu włosy, a Fred i George popychali się wzajemnie. Ale po dwóch sekundach jeden z identycznych rudzielców przerywał przepychanki i patrzył czule na... Hermionę. W jego ciepłym spojrzeniu czaiła się nieskończona miłość i uwielbienie. Wykorzystując nieuwagę brata, George powalił go na ziemię. Szatynka podniosła rękę i dotknęła twarzy Freda. Jak ja mogłam wcześniej tego nie zauważyć?
Hermiona uśmiechnęła się tkliwie. Zdjęcie zostało zrobione prawie dwa lata temu, kiedy to odbywały się Mistrzostwa Świata w Quidditchu i oboje z Harrym zostali zaproszeni do Nory. Czy już wtedy...?
Do pokoju wszedł jej ojciec. Hermiona zarumieniła się i opuściła rękę.
- Mionka, naleśniki gotowe. Jak będziesz gotowa, to zejdź do nas - uśmiechnął się i zamknął drzwi.
To właśnie było w nim najlepsze. Nigdy nie zadawał pytań, wiedział, co jego córka woli zachować dla siebie, a przede wszystkim z nikim nie dzielił się powierzonymi mu tajemnicami. Hermiona uśmiechnęła się, wepchnęła kufer do szafy i zbiegła po schodach. Usiadła przy kuchennym stole, zjadła swoją porcję naleśników, już po raz drugi tego dnia, podziękowała i wróciła do siebie. Jakoś nie miała ochoty rozmawiać teraz z rodzicami, wolała zrobić to rano, a teraz rozkoszować się swoim nowym odkryciem. Gdy tylko przekroczyła próg swego pokoju, jej wzrok od razu powędrował do zdjęcia, jakby bała się, że ktoś je zabrał, że po prostu rozpłynęło się w powietrzu. Jeszcze raz uśmiechnęła się do tych rozradowanych twarzy, pomknęła do łazienki, wzięła prysznic, umyła zęby i położyła się do łóżka. Jeszcze chwilę czytała, ale powieki same jej się zamykały. Odpięła to wyjątkowe zdjęcie i wetknęła je pod poduszkę. Wpatrywała się w sufit, czekając na sen, aż usłyszała natarczywe pukanie. Myślała, że to rodzice dobijają się do jej pokoju, ale gdy tylko usiadła na łóżku, zobaczyła Errola - starego puchacza Weasleyów. Serce podskoczyło jej do gardła. Otworzyła okno, a sowa ciężko klapnęła na jej biurko. Hermiona zeszła do kuchni, napełniła małą miseczkę wodą, wzięła kawałek chleba i biegiem wróciła na górę. Podsunęła pożywienie Errolowi i odwinęła karteczkę przywiązaną do jego nóżki.

Dobranoc, moja mała, nieśmiała piękności.

Wzięła z szuflady kartkę, odpisała Fredowi dobranoc, wypuściła puchacza i usiadła na łóżku z błogim uśmiechem. Przyciskając karteczkę do piersi zasnęła głębokim, spokojnym snem.



A oto wróciłam! Wiem, że długo mnie nie było, ale przez ten czas zdążyłam w wonnym czasie napisać kilka kolejnych rozdziałów, ale nie chciałam wracać, by zaraz nie powiedzieć, że muszę zawiesić bloga. Ten jest ciut krótki, ale ma być poniekąd wprowadzeniem, które zaciekawi Was i będziecie odwiedzać mojego bloga. Co tydzień nowy rozdział!
Przyjmuję wszystkie komentarze i wskazówki, więc jeśli czytasz - pisz ;)


niedziela, 30 marca 2014

...

Jeśli są jacyś czytelnicy mojego Fremione, to przepraszam, ale muszę zawiesić bloga.
Mam teraz po uszy debilnych problemów i muszę sobie wszystko poukładać, a poza tym okropny  zapiernicz w szkole.
Serio przepraszam, jeśli czytacie, ale muszę zawiesić blog, niestety do odwołania.
Jak tylko będę mogła to wrócę.
Pozdrawiam.

sobota, 22 marca 2014

Rozdział 6

Zarumieniona Hermiona odskoczyła, ale Fred mocno ścisnął ją za rękę.
- George, kochaniutki, zobacz no czy nie ma Cię w holu - powiedział Fred.
- Och już biegnę! - krzyknął jego bliźniak, ale osunął się z powrotem na siedzenie i zachrapał niemalże momentalnie.
Hermiona zerknęła na Freda, który się do niej uśmiechał. Nieśmiało odwzajemniła go i wstała.
- Idę się przejść - powiedziała. Wyszła z przedziału i dotknęła swojego zarumienionego policzka, uśmiechając się do siebie.
Potem dotknęła swoich warg. Tak mało brakowało, aby Fred ją pocałował. Tak, ten Fred Weasley!
W tej chwili prawie znienawidziła George'a, że ich na tyle rozproszył, ale zaraz się opanowała. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Oparła się o parapet i wpatrywała w okno, głęboko oddychając.
- Kogo my tu mamy - syknął zimny głos. Hermiona poznała go od razu.
- Czego chcesz, Malfoy? - spytała dumnie.
- Jesteś sama - powiedział z satysfakcją.
- Wow, nie sądziłam, że jesteś na tyle inteligentny, Draconie. Chyba powinnam przyznać dla Slytherinu jakieś dodatkowe punkty za Twój spryt.
- No proszę. Nasza szlamowata koleżanka ma niewyparzony jęzor. Ale chyba czas go pożałować, moja droga Hermiono. I tego, co Twój zdrajca krwi zrobił na schodach.
- Nie masz prawa go tak nazywać, Ty brudny karaluchu! - wrzasnęła Hermiona wyciągając różdżkę. Przyzwyczaiła się, że Malfoy nazywał ją szlamą, więc nie ruszało jej to tak, jak kiedyś. Ale jeśli ktoś obrażał najbliższe jej osoby, nie mógł liczyć na taką pobłażliwość.
- A chcesz się założyć? - spytał Draco, który wyciągnął też swoją różdżkę.- Petruficus totalus! - rzekł spokojnie, starannie akcentując każde słowo. - Muffliato! - teraz skierował różdżkę na drzwi przedziału Miony i jej przyjaciół. Była już przerażona, ale nie mogła tego okazać.
Nie dawaj mu satysfakcji, nie dawaj mu satysfakcji - powtarzała w duchu jak mantrę.
- I co już nie jesteś taka cwana - zaśmiał się drwiąco. Wyjął z kieszeni coś ostrego. Przyłożył to zgięcia jej ramienia.
Tylko nie to, tylko nie to.
- Och zapomniałbym - machnięciem różdżki Draco zdjął z niej zaklęcie unieruchamiające. - Z petrificusem to nie daje takiej frajdy. 
Hermiona zaczęła krzyczeć i wyrywać mu się, ale Ślizgon trzymał ją mocno.
- Szkoda Twojego gardła, szlamo. I tak nikt Cię tu nie usłyszy.
A potem zatopił ostrze w jej skórze.
Już nie płakała, nie próbowała krzyczeć. Wiedziała, że to nie ma sensu. Ale ta cisza denerwowała Malfoya. Z każdą literą wbijał ostrze jakby coraz mocniej, a po chwili na jej przedramieniu pojawił się koślawy napis: SZLAMA.
- No, teraz popamiętasz mnie już na zawsze, moja droga - powiedział po raz kolejny śmiejąc się drwiąco. Odszedł na koniec korytarza. Gdy był już przy drzwiach swojego przedziału zdjął zaklęcie Muffliato. Rozsunął je i zniknął.
Hermiona zaczęła czuć potworny ból. Był okropny, jeszcze gorszy, niż kiedy Draco `pisał` to słowo. Szlama. Szlama. To zostanie jej już na zawsze.
Z każdą sekundą Miona słabła coraz bardziej. Nie miała siły doczołgać się do przedziału, ani zawołać o pomoc. Osunęła się po ścianie. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Po chwili widziała już tylko ciemność.

***

- Hej, gdzie ona się tyle podziewa? - spytał George.
- Nie wiem, zaraz pójdę sprawdzić - odpowiedział bliźniak.
- Siedź, ja pójdę, muszę rozprostować nogi - wyszczerzył się rudzielec i wstał. Podszedł do drzwi, a kiedy je rozsunął, zamarł. Wpatrywał się w jakiś punkt tuż przed nim, jakby pod oknem w przeciwległej ścianie.
- No co jest, Georgie? - spytał Fred, podnosząc się z miejsca. I on zobaczył to, co tak przeraziło jego brata. - O cholera! - krzyknął i wypadł na korytarz, w stronę leżącej na podłodze nieprzytomnej Hermiony.
- Miona, Miona! Niech ktoś leci po jakąś pielęgniarkę! - krzyczał zrozpaczony. Padł na kolana i położył na nich głowę dziewczyny. - Hermiona obudź się! Hermiona, słyszysz? Hermiona!
Harry pobiegł w stronę przedziału nauczycieli, żeby sprowadzić jakąś pomoc.
- Fred, ręka... - powiedziała cicho przerażona Ginny.
- Gin, nie teraz, może byś tak... - zaczął rozeźlony Fred, ale potem spojrzał na rękę szatynki. Była cała we krwi. Głośno zassał powietrze.
- F-Fred...? - odezwała się słabym głosem Hermiona.
- Miona! Kochanie, tak się bałem - powiedział cicho szczęśliwy rudzielec tak, że tylko Herma mogła to usłyszeć.
Kochanie? Czy on właśnie powiedział do mnie kochanie? - pomyślała Hermiona. Nie, niemożliwe. Pewnie mi się wydawało. To niedorzeczne.
- Hermiona, kto Ci to zrobił? - spytała spanikowana Ginny, klękając obok Freda.
- Ja... n-nie... - zająknęła się szatynka.
- Daj jej spokój, Ginny o tym później - syknął rudy i pomógł gryfonce usiąść.
Z nauczycielskiego wybiegła jakaś kobieta. Pisnęła przerażona i wróciła po zwykłą, mugolską apteczkę. Przyjaciele kojarzyli ją z Hogwartu, była pomocnicą pani Pomfrey. Nie była czarownicą, ale charłakiem.
- Moja biedna co Ci się stało? - rzekła siadając obok Miony. Delikatnie ujęła jej zranioną rękę i przemyła wodą utlenioną. Herma syknęła cicho.
- Co pani jej robi?! - wrzasnął wściekły Fred, próbując odciągnąć dziewczynę, której nadal podpierał plecy tak, aby mogła siedzieć.
- Freddie, spokojnie, to tylko woda utleniona. Oczyszcza ranę - powiedziała uspokajająco Hermiona.
Kobieta wyjęła z apteczki jakiś eliksir.
- Wypij to, słonko. Poczujesz się o niebo lepiej.
Hermiona z ulgą przyjęła od niej miksturę. Połknęła na raz całą zawartość fiolki i rzeczywiście, momentalnie poczuła się lepiej. Widząc zmianę na jej twarzy, pielęgniarka uśmiechnęła się i zaczęła owijać ranę bandażem.
- Tyle mogę - powiedziała, gdy skończyła pracę. - To, co masz teraz na ręce zostało zrobione mugolskim narzędziem, ale na pewno nie bez dodatku magii. Blizny po czymś takim nie mogą usunąć żadne czary. Musisz z tym żyć, maleńka - uśmiechnęła się przepraszająco. Zebrała swoje rzeczy. - Uważajcie na nią - powiedziała do całej czwórki, pożegnała się i odeszła.
Fred delikatnie uniósł Hermionę i zaprowadził do przedziału. Usadził ją na miejscu i przytulił na tyle mocno, na ile pozwalało mu ostrzeżenie od pielęgniarki. Do przedziału weszli wstrząśnięci George, Harry i Ginny. Luna i Neville ulotnili się gdzieś zaraz po Ronaldzie. Gdy wszyscy pozajmowali miejsca, Fred rozluźnił uścisk, ale posadził dziewczynę sobie na kolanach i nadal trzymał w objęciach. A ona nie mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że jej się to nie podobało.
- Co się stało? - spytał przerażony George. Był nadal w ciężkim szoku.
- No wiecie, ja ... -  powiedziała Hermiona. Nie miała zamiaru opowiadać co zaszło.
Ginny prychnęła, już nieźle zdenerwowana.
- Przecież ona nic nie powie. Będzie chroniła tego dupka - powiedziała. - Widzieliście, co ma na ręce? SZLAMA. Tak, właśnie. Więc chyba wszyscy wiemy kto to zrobił.
Hermiona poczuła, że Fred zacisnął pięści na jej brzuchu, ale poza tym nie stracił panowania.
- Malfoy - powiedział Harry i zerwał się z miejsca. George złapał go za ramię już na korytarzu.
- Stary, poczekaj no sekundę - powiedział, a potem zaczął mu coś tłumaczyć do ucha. Chwilę później gdzieś zniknęli.
- To ja, ekhm, pójdę sprawdzić gdzie się podziewają wszyscy - powiedziała Gin i już jej nie było.
Fred i Hermiona zostali sami. Teraz chłopak przestał się już kontrolować. Oparł głowę na jej ramieniu.
- Nie masz pojęcia, jak okropnie chce iść do przedziału Ślizgonów, iść i sprawić, by Malfoy pożałował, że w ogóle się urodził - wyszeptał stłumionym przez materiał koszulki Hermiony głosem. Po chwili dziewczyna poczuła, że jej rękach jest jakby ... wilgotny? Odwróciła się do Freda i ujęła jego twarz w dłonie. Podniosła ją i jej uwagę przykuły jego oczy. Jego cudowne, brązowe oczy. Teraz były zapłakane.
- Fred nie, proszę Cie, przestań! - powiedziała, mocno przytulając rudzielca. Do jej oczu również napłynęły łzy i zaczęły ciec po policzkach. - Nie płacz, słyszysz?
- Nie masz pojęcia, co czułem, kiedy zobaczyłem Cię na podłodze. Taką... bladą. Wyglądałaś, jakby uszło z Ciebie całe życie.
- Przepraszam, nie chciałam Cię wystraszyć. Ale już nie płacz Fred, błagam! - Miona tysiąc razy bardziej wolałaby przeżywać to, co zafundował jej Malfoy, niż patrzeć na płaczącego rudzielca.
- Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. A wtedy Ty... powiedziałaś moje imię. Pamiętasz?
- Oczywiście że powiedziałam, głuptasie - powiedziała Hermiona i zaśmiała się ciepło.
Fred już nic nie odpowiedział. Jego wargi dotknęły ust gryfonki. Były takie ciepłe, takie czułe, takie delikatne. Delikatny pocałunek zmienił się w pełen namiętności. Miona nie wiedziała, czy minęło kilka sekund, minut, a może lat. W końcu oderwali się od siebie. Szatynka przytuliła się to jego obojczyka, a ramiona zarzuciła mu na szyję. Fred przyciągnął ją jeszcze mocniej do siebie.
- Od jakiegoś czasu przewracasz moje życie do góry nogami, Hermiono Granger - powiedział, śmiejąc się cichutko.
- No popatrz, kto by pomyślał? Fred Weasley i ta kujonica, no jak jej tam, Hermiona Granger - powiedziała dziewczyna, chichocząc.
- Nie mów tak - zaoponował Fred. - Jesteś bardzo inteligentną i utalentowaną dziewczyną. Kujon kojarzy mi się z okularami na pół twarzy, tłustymi włosami, jak u Snape'a i pryszczami, a nie Twoją śliczną twarzyczką.
- Naprawdę tak uważasz? - spytała zawstydzona Hermiona. - Że jestem, no wiesz, ładna?
- Oczywiście, że tak - powiedział i cmoknął ją w czoło. - Moja mała, słodka Hermiona.
Po paru minutach do przedziału weszli rozchichotani Harry, George i Ginny.
- No, to Malfoy będzie miał nauczkę!
- Co zrobiliście? - spytała cicho Hermiona podnosząc głowę. Fred zasnął, ale nadal tulił ją mocno do siebie.
- Oj, mała, tego się nie dowiesz - powiedziała Ginny.- To nasza mała, słodka tajemnica.
Hermiona pokazała jej język i wróciła do poprzedniej pozycji. Kilka lat nauczyło ja, że z Weasley'ami nie warto było się targować. Patrzyła w okno, aż krajobraz przestał się przesuwać i znaleźli się na dworcu.
- Freddie, wstawaj, wysiadamy - powiedziała do ucha rudemu.
Ten otworzył oczy i na chwilę oboje zatonęli w swoich spojrzeniach.
- Chcecie tu spędzić wakacje, czy co? - spytał rozbawiony George i wypadł na korytarz.
Miona zaskoczyła z kolan Freda, a on stanął obok niej i objął ramieniem. Hermiona podniosła Krzywołapa, a rudzielec bez trudu uniósł kufer i swój, i dziewczyny jedną ręką.
- Na King's Cross pewnie są moi rodzice - powiedziała Hermiona. Fred spodziewał się, co to może oznaczać: że nie pożegnają się tak, jak sobie to zaplanował. Gdy znaleźli się na stacji rzucił walizki na ziemię i, nie zwracając uwagi na tłumy gapiów, przyciągnął Hermionę do siebie. Rozległy się gwizdy i krzyki, ale oboje byli zbyt zajęci sobą, by na nie zareagować. Fred oderwał swoje usta od Hermy i zbliżył je do jej ucha.
- Do zobaczenia za tydzień, słońce - szepnął, wziął swój kufer i popędził za rodzeństwem, które już znikało na dworcu.
Zarumieniona Hermiona stała tak, aż w końcu jej spojrzenie spotkało wzrok Harry'ego.
- Nie chwaliłaś się - powiedział, śmiejąc się cicho i zabrał od niej kufer.
- Harry, na Merlina, odwal się - powiedziała, waląc go po przyjacielsku pięścią w ramię.
- Jak ręka? - spytał Wybraniec.
- Lepiej, w ogóle nie czuje bólu. Dzięki, że pytasz.
- Czemu miałbym nie pytać?
- Cóż, jeden z moich przyjaciół tego nie zrobił - odpowiedziała, patrząc na ścianę przed sobą. Ron Weasley właśnie znikał na King's Cross.

Podoba się? Mam nadzieję, że tak! Wiem, odstępy czasu są ciut za małe, ale niedługo się poprawie ;)
Zapraszam za tydzień na nowy rozdział!
Jeśli czytasz, to skomentuj, przyjmuję nie tylko dobre, ale i złe komentarze ;p
Pozdrawiam ciepło!