Następnego ranka Hermiona obudziła się z uśmiechem na ustach. Przetarła oczy i spojrzała w okno. Do jej pokoju leniwie wlewały się promienie czerwcowego słońca. Szatynka poszła do łazienki, umyła zęby i wskoczyła pod prysznic. Namydliła się ananasowym płynem o słodkim, wręcz cukierkowym zapachu, który tak uwielbiała. W kabinie stała trochę dłużej, niż należało. Wpatrywała się w swoje odbicie w jasnych płytkach, rozmyślając o wczorajszym liściku. Jej policzki zrobiły się wściekle czerwone, co wcale nie było powodem gorącej wody. Zaczęła myśleć o Fredzie.
Czy to w ogóle możliwe, że mu się podobam?
Widzieliśmy się wczoraj, a ja już za nim tęsknię.
Hermiona wyszła w końcu z kabiny i stanęła twarzą w twarz ze swoim odbiciem. Przyjrzała się swoim dużym, czekoladowym oczom, pełnym, malinowym wargom i stwierdziła, że wcale nie zasługuje na miłość Freda. Jest przystojny, inteligentny, trochę lekkomyślny, ale mimo tego według niej był wręcz ideałem mężczyzny. A ona? Jest tylko kujonem. Wszyscy kojarzyli ją tylko jako pannę Wiem-To-Wszystko. Trochę posmutniała, ale w gruncie rzeczy... Gdyby jej nie kochał, to martwiłby się tak w pociągu? Gdyby jej nie kochał, to czy całowałby ją w TEN sposób? I to na oczach wszystkich uczniów? Gdyby jej nie kochał, to czy wysłałby jej ten liścik? Te rozmyślania trochę poprawiły jej humor, uśmiechnęła się do swojego odbicia. Założyła na siebie niebieską koszulę w kratkę i krótkie spodenki. Wyszła z łazienki i poszła do kuchni na śniadanie. Schodząc po schodach jej bose stopy cicho klapały o drewniane panele.
- Mamo? Tato? - krzyknęła Hermiona, przełykając tosta. Gdzie oni się podziali?
- Tutaj Mionka - odkrzyknęła jej matka. Głos dobiegał z salonu. - Masz gościa, chodź tu szybko!
Hermiona, zaciekawiona, udała się w stronę dużego pokoju. Na kanapie, tyłem do niej, siedział jakiś chłopak. Widać było tylko rude włosy. Serce zabiło jej szybciej.
- Fr... Ron?! - krzyknęła, akurat, gdy gość odwrócił się. Na jego twarzy był uśmiech, ale gdy usłyszał tą pomyłkę trochę przygasł. - Hej, co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem, żeby się z tobą zobaczyć - uśmiechnął się delikatnie.
- A.. no jasne - powiedziała, kiepsko ukrywając własne rozczarowanie. Miała szczerą nadzieję, że rudym osobnikiem był Fred. - Chodź, przejdziemy się.
Ron wstał, podziękował za gościnę państwu Granger. Gdy odwrócił się tak, że nie widział już rodziców Hermiony, jej matka szturchnęła ojca i spojrzała na niego wymownie, a potem w ten sam sposób uśmiechnęła się do córki, na co Ryan wywrócił oczami.
Szatynka wyszła przez frontowe drzwi, a Ron podążył za nią. Przez chwilę szli w zupełnej ciszy, którą w końcu przerwała Hermiona.
- No więc... Po co przyjechałeś?
- Tak właściwie to chciałem spytać jak się czujesz.
- Mogłeś wysłać mi sowę.
- No tak, ale... Wolałem się z tobą zobaczyć.
Hermiona przystanęła, wpatrując się w kompana. Po chwili jednak odwróciła się w stronę otaczających ich drzew. Szli po żwirowej ścieżce, więc co chwila kopali małe kamyczki.
- Chciałem cię przeprosić - odezwał się w końcu rudy.
Miona nic nie odpowiedziała, więc chłopak kontynuował:
- Zachowałem się jak ostatni dupek. Nie wiem co mnie napadło, żeby nawet nie spytać co z twoją ręką. Ale tak właściwie dowiedziałem się od F-Freda - powiedział na jednym wydechu, jąkając się na ostatnim wyrazie.
- Hm. Z grzeczności nie zaprzeczę - wyszczerzyła się gryfonka. - Ale przeprosiny przyjęte. Tylko, wiesz co, następnym razem, jak będziesz miał zamiar się na mnie obrazić, to powiedz mi chociaż o co chodzi.
- Jasne - zaśmiał się Ron i nagle objął Hermionę. Dziewczynę trochę zaniepokoił ten uścisk - bynajmniej nie był to przyjacielski przytulas.
- Ekhm... Ron... Wiesz, udusisz mnie - wykrztusiła Miona.
- Przepraszam - wyszczerzył się Ron i puścił Hermę. Jednym palcem zahaczył o palec dziewczyny, ale ta udała, że drapie się w czoło, a potem skrzyżowała ręce na piersiach, żeby je czymś zająć. Uszli parę metrów, aż nagle rudy zastąpił dziewczynie drogę.
- Hermiona - położył jej ręce na ramionach. - Powiedz mi.
- Co? Ron, o co ci chodzi? - spytała, odrobinę zbita z tropu.
- Jest coś... No wiesz... Między tobą a Fredem? - wbił palce w jej skórę trochę mocniej.
- Ron... Ja nie będę cię oszukiwać... - powiedziała wymijająco.
- Czyli tak?
- Tak.
Ron zrobił się czerwony ze złości. Jeszcze mocniej ściskał ramiona szatynki.
- Ron, puszczaj, to boli! - krzyknęła Miona i zaczęła się wyrywać. Nie miało to żadnego sensu. Ron był od niej wiele wyższy i na pewno sto razy silniejszy.
- NIE POZWALAM! SŁYSZYSZ? NIE POZWALAM CI Z NIM BYĆ! NIE MOŻESZ!!!
- WYBACZ RON, ALE NIE BĘDĘ CIĘ PYTAŁA O ZDANIE! - zdenerwowana Hermiona też zaczęła krzyczeć.
Szarpali się jeszcze przez chwilę, ale Ron powoli się uspokajał, choć nadal nie rozluźnił uścisku. Nagle Hermionę mocno zapiekły rany na ramieniu. Zrobiła się tak słaba, że osunęła się na kolana, ale nie straciła przytomności.
- Herma?! Hermiona! Co ci jest?! Nie ruszaj się, idę po pomoc! - Ron zbladł i cała złość zupełnie z niego wyparowała.
- Nie.
- Hermiona, zgłupiałaś?! Wyglądasz, jakbyś zaraz mi tu miała zejść.
- Nie, Ron. Nic mi nie jest. Pójdę do domu i się położę.
Rudy posłusznie pomógł Hermionie wstać i ruszył z nią w stronę mieszkania. Naciskał już klamkę, gdy szatynka przystanęła gwałtownie.
- Wracaj do domu Ron.
- Ale..
- Nie. Chcę być sama. Wracaj już.
- Chcę być przy tobie, nie mam pojęcia co ci jest. Ja...
- Ron, nie. Powiedziałam ci, wracaj do domu. Dam sobie radę.
Rudy przyglądał się jej chwilę z zaniepokojeniem, ale odpuścił. Wiedział, że jak Hermiona się na coś uprze, to nie ma przeproś. Odwrócił się i odszedł bez pożegnania, wciskając dłonie do kieszeni. Miona westchnęła, otworzyła drzwi i skierowała się od razu do kuchni.
- To ty, Mionka? - usłyszała krzyk matki.
Nie, mamo, to złodziej, który próbuje ukraść ci talerze. pomyślała.
- Tak - odkrzyknęła słabym głosem. Z szafki wzięła szklankę, napełniła ją wodą z kranu i całym ciężarem oparła się na kuchennym blacie. Czuła się, jakby miała zaraz zemdleć. Opróżniła naczynie, przymknęła oczy i potarła sobie czoło.
- Co ci jest? Coś się stało? - spanikowana matka zaczęła krążyć po całej kuchni. - Ryan, dzwoń po lekarza!
- Nie, żadnego lekarza - powiedziała stanowczo Hermiona. - Nic mi nie jest. Położę się i po krzyku.
- Hermiona takich rzeczy nie można bagatelizować! Może...
- Mamo, to rana po ma-magicznej roślinie. Nie mogę jej pokazać lekarzowi.
- Och.. No tak - zmieszała się pani Granger. - Pomóc ci jakoś? Potrzebujesz czegoś?
- Nie, dzięki. Pójdę do siebie i się zdrzemnę - powiedziała, napełniając jeszcze raz szklankę.
- Jasne. Uważaj na siebie kochanie - powiedziała zatroskana matka, gładząc szatynkę po policzku.
Hermiona posłała jej słaby uśmiech, podniosła szklankę i ruszyła na górę. Wchodziła po schodach bardzo ostrożnie, kurczowo trzymając się barierki. W końcu dotarła do swojego pokoju. Upiła łyk wody, wzięła z fotela cienki koc i ułożyła się na łóżku. Leżała kilka minut z zamkniętymi powiekami, ale sen nie przychodził. Hermiona wstała i, tak cicho jak mogła, przeszła do swojej łazienki. Delikatnie odwinęła bandaż i odłożyła na miejsce gazę. To co zobaczyła, sprawiło, że wydała z siebie cichy syk. Ranki, które rano już odrobinę się zabliźniły, zaczęły znów obficie krwawić. Miona nie miała pojęcia, co robić. Rodzice pewnie wiedzieliby, ale dziewczyna nie chciała ich niepokoić. Jedyne, co przyszło jej do głowy, to przemycie ran wodą utlenioną i zmiana opatrunku, tak też zrobiła. Podczas zabiegu rany zapiekły jeszcze bardziej, ale Hermiona zacisnęła zęby i pięć minut później wróciła do pokoju. Ponownie ułożyła się na łóżku. Prawdę mówiąc miała nadzieję, że zaśnie, bo tylko wtedy zapomni o bólu. Zamknęła oczy i zaczęła kontrolować oddech, który od czasu dziwnego napadu był nienaturalnie przyspieszony. Po chwili zmorzył ją sen.
~*~
Właściwie, to nie wiedziała, ile spała, ale słońce zdążyło już zejść na tyle nisko, że schowało się za niewielkim zagajnikiem sprawiając, że olbrzymie dęby rzucały długie cienie. Dopiero po chwili Hermiona wyczuła ruch tuż nad swoją głową.
- FRED! Co ty tu.. - krzyknęła, ale rudzielec zasłonił jej usta dłonią.
- Nie krzycz tak - powiedział cicho. - Twoi rodzice zaraz tu wpadną i mnie wygonią. A tego nie chce - uśmiechnął się w sposób, który Hermiona lubiła najbardziej. Nie mogąc się powstrzymać, przysiadł na jej łóżku, objął ją troskliwie i przyciągnął jej usta do swoich. Całował ją delikatnie, a jego ciepłe wargi były tak cudownie miękkie... Gryfoni zapomnieli o bożym świecie. Dopiero, gdy obojgu zabrakło tchu, oderwali się od siebie.
- Co ty tu robisz? - wyszeptała Miona.
- Usłyszałem, jak Ron opowiada Ginny, jak to przyjechał tu do ciebie i co się wydarzyło. Ze mną oczywiście nie rozmawia. Ciekawe dlaczego - tu mrugnął do Hermiony. - Usłyszałem, jak mówił, że rozmawialiście, a ty nagle zasłabłaś. Wtedy od razu deportowałem się do ciebie do pokoju. Ale George dalej podsłuchiwał, więc pewnie mi wszystko opowie. Co się stało?
- Nie wiem. Roz... No tak, rozmawialiśmy i nagle zapiekło mnie ramię. Nic wielkiego.
- Zawsze wszystko bagatelizujesz. Draco powinien się modlić, żebym nie spotkał go na szkolnym korytarzu. Przysięgam, jak tylko go zobaczę, to połamię mu wszystkie kości.
- Hej, spokojnie, nie wiedziałam, że jesteś w gorącej wodzie kąpany - uśmiechnęła się Herma.
Fred spojrzał na nią i uniósł jedną brew.
- No dobra, wiedziałam.
Fred nagle mocno ją przytulił.
- Nigdy więcej mi tego nie rób - wyszeptał w jej włosy i pocałował ją w czubek głowy.
- Przysięgam, że nie zrobię, bo zaraz połamiesz mi wszystkie żebra - wyjęczała Miona.
Fred rozluźnił uścisk, ale nadal obejmował dziewczynę.
- W ciągu tych kilku dni napędziłaś mi więcej strachu, niż wszyscy razem wzięci przez całe moje życie - powiedział.
- Przepraszam.
- Masz jakąś manię z tym przepraszaniem, czy co?
Hermiona zachichotała. Leżeli tak jeszcze przez chwilę, gdy usłyszeli kroki na schodach.
- Rodzice! - jęknęła Hermiona.
Fred zsunął się z łóżka, pocałował dziewczynę w czoło, rozległ się głośny trzask i już go nie było.
Drzwi uchyliły się i do pokoju wszedł Ryan Granger.
- Co to było, Mionka?
- Nic, tylko książka mi spadła z szafki - powiedziała, przeciągając się. Uważnie obserwowała twarz ojca, żeby sprawdzić, czy uwierzył.
- Wyspałaś się? - spytał. A więc uwierzył.
- O tak, dziękuję. Od razu mi lepiej.
- Cieszę się.
- Która godzina, tato?
- Już po osiemnastej. Jesteś głodna?
- Naprawdę? Nie, dzięki, jakoś nie mam apetytu.
- Okej, ale zjedz coś jeszcze dzisiaj. Gdybyś czegoś potrzebowała, jesteśmy z matką na dole.
- Jasne, dziękuję - powiedziała z uśmiechem Hermiona.
Gdy drzwi zamknęły się za panem Granger, w okno zapukała sowa. Miona uśmiechnęła się, wpuściła Errola i odwinęła karteczkę przywiązaną do jego nóżki. Napisane było na niej tylko jedno słowo:
Wrócę.
I wrócił. W ciągu tygodnia Fred pojawił się u niej w domu jeszcze trzy razy. W poniedziałkowe popołudnie rodzice stali na podjeździe domu z zapakowanym po brzegi samochodem. Ryan serdecznie uściskał córkę i kazał jej na siebie uważać oraz dzwonić przynajmniej raz w tygodniu, natomiast matka Hermy rozpłakała się na dobre. Nawet, kiedy po wielu zapewnieniach, że Hermiona będzie bezpieczna i będzie w dobrych rękach, Alexandra siedziała już w samochodzie, łzy spływały jej po policzkach.
- Dzwoń do nas jak najczęściej kochanie - krzyknęła przez okno. - Miłych wakacji!
Hermiona stała przed domem i machała im tak długo, aż znikli za zakrętem. Kiedy nie mogła już dojrzeć samochodu rodziców, odetchnęła głęboko i weszła do domu. W przedpokoju był też jej kufer, gotowy do drogi do Nory. Nie wiedziała, kto z Weasley'ów i o której ma się pojawić w jej domu, więc minęła walizkę i poszła zrobić sobie kanapkę. W kuchni jednak siedziały już dwie rude postacie.
- George, Ginny! - krzyknęła Hermiona, a przyjaciółka rzuciła się jej w ramiona.
- No wiesz co nawet własnego chłopaka nie rozpoznajesz! - rudy zrobił obrażoną minę.
- George, daj spokój, potrafię was rozróżniać.
- Ech, kolejna osoba, która się na to nie nabiera. Może jednak nie jesteśmy bliźniakami? - spytał, udając przerażenie.
- Z całą pewnością jesteście - powiedziała Ginny, uśmiechając się do brata. - Chodź Hermi, czas też na nas!
Pozbierali wszystkie rzeczy Hermiony, ta zamknęła dom na klucz i przeszli do zagajnika.
- Będziemy się teleportować, więc nikt nie może nas zobaczyć - wyjaśniła Ginny, odciążając zranione ramię Hermiony od dużej torby tak, że szatynka niosła teraz tylko Krzywołapa.
- No dobra, miłe panie, to teraz za rączki i już nas nie ma - powiedział radośnie rudzielec. Wszyscy posłusznie złapali się za ręce i chwilę później Hermiona poczuła ssanie w okolicy pępka i otoczyła ją ciemność. Potem znaleźli się przed Norą.
- Hermiona! - krzyknęła pani Weasley. - Jak miło cię widzieć, kochanie! Zaraz będzie kol...
Nie dane jej jednak było skończyć. Fred wyskoczył z domu, odsunął matkę na bok i porwał Hermionę w objęcia, całując ją tak, jak jeszcze nigdy przedtem.
I oto jest, kolejny rozdział! Wiem, że akcja może nie jest zbyt szybka. Mam nadzieję, że pomimo tego się podoba. Dedykuje go Tymbarkowej, dzięki której wróciłam na bloga. ;)
Jeśli czytasz - skomentuj! ;)
I to mi się podoba! ♥♥
OdpowiedzUsuńRozdział w sam raz, nie za krótko, nie za długo :). Nie widzę błędów, to najważniejsze. Notka słodka, jeśli chodzi o Freda i Hermionę. Natomiast Ron... Zawsze go nie lubiłam, a teraz jeszcze bardziej utwierdziłam się w swoim przekonaniu. Podobało mi się jak Fred wpadał potajemnie do Hermiony, aby się z nią spotkać. Takie romantyczne ♥♥! Co mogę dodać więcej? CUDOWNE! ♥♥
Pisz dalej, pozdrawiam i życzę weny :)
+ Rozdział u mnie pojawi się niebawem, tak mi się zdaje :D I dziękuję za jakże podnoszący na duchu komentarz, kochana :*