Była godzina 11. Hermiona Granger siedziała na błoniach Hogwartu. Obok niej stały dwie walizki i oparta o nie mała, podróżna torebeczka. Nie wiedziała jak się czuje. Z jednej strony była szczęśliwa, że najpierw spędzi tydzień z rodzicami, a potem wyjedzie na wakacje do Nory - rodzinnego domu jej najlepszych przyjaciół - Ginny, Rona, George'a i Freda oraz ich rodziców. Z drugiej strony była okropnie smutna. Oto przed chwilą Ronald rzucił się na własnego brata. I, jak wszystkim się wydawało, bez powodu. Lecz Hermiona nie była wszystkimi. Po tym incydencie miała już pewność - podobała się Ronowi. Przyjaźnili się od samego początku, Granger traktowała jego i Harry'ego jak brata, a tu nagle coś takiego. Nie chciała go zranić, co to, to nie, ale musiała myśleć choć trochę o swoich uczuciach. I tak zawsze chciała uszczęśliwiać innych własnym kosztem. Czy nie to obiecała sobie przed śniadaniem? Że zacznie myśleć o sobie?
To nie ma sensu. pomyślała. Jak będę się tak wszystkim przejmować, to przedwcześnie osiwieje. Hermiona zmarszczyła czoło, po czym uśmiechnęła się szeroko do samej siebie.
Nagle tuż za sobą usłyszała parsknięcie. Szybko odwróciła głowę i zobaczyła Freda, który stał zaledwie kilka metrów dalej, oparty nonszalancko o pobliskie drzewo. Uśmiechnęła się do niego, ale kiedy uświadomiła sobie, że musiał stać tu dłuższy czas, okropnie się zarumieniła.
- Przepraszam, że podglądałem - powiedział, szczerząc zęby w zawadiackim uśmiechu. Pod jego prawym okiem formowała się bladofioletowa plama. Usiadł obok Hermiony.
- To wygląda strasznie - powiedziała, dotykając opuszkami palców sinego miejsca. Nie czuł bólu, wręcz przeciwnie. Po jego twarzy rozlało się przyjemne ciepło.
- Daj spokój, nic się nie stało.
- Owszem, stało - syknęła Hermiona. Przed oczami stanął jej obraz rozjuszonego Rona, który ni stąd, ni zowąd, rzucił się na Freda. Łokciem trącił go właśnie w to miejsce, w którym teraz formował się siniak. Hermiona krzyczała przerażona, George rzucił się na pomoc bliźniakowi, Harry próbował ściągnąć przyjaciela z rudego, a Ginny tarmosiła Rona za włosy. W końcu rozdzielili chłopaków, a Wybraniec wciągnął Rona z powrotem do ich dormitorium. Już wtedy Herma wiedziała o co chodzi. Popatrzyła po przyjaciołach. Fred też się dowiedział, a to oznaczało, że George też. Zdawało się, ze tylko Gin nie wie o co chodzi. Hermiona skrzywiła się i wyszła z Pokoju Wspólnego, kierując się w jedyne miejsce, w którym nikt nie będzie jej teraz szukał. Biblioteka. Pomyślała, że przy okazji wypożyczy kilka książek na wakacje. Ale na miejscu zastała tylko kartkę:
Przepraszamy, dziś nieczynne. Serdecznie zapraszam w przyszłym roku!
Irma Pince
Hermiona, zrozpaczona, pomyślała, że jedynym miejscem będą błonia. Udała się więc na zewnątrz.
- Halo, ziemia do Hermiony - uśmiechnął się Fred, machając jej ręką przed oczyma.
- Och, przepraszam - zaczerwieniła się dziewczyna. - Mówiłeś coś?
W odpowiedzi Fred uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Trzeba było słuchać.
Hermiona zrobiła obrażoną minę.
- Oj nie dąsaj się - powiedział
- Wasza mama coś odpisała?
- Właśnie dlatego Cię szukam - powiedział, krzywiąc się i spoglądając gdzieś w bok. - Napisała, że...
- No mów - Herma spodziewała się najgorszego.
Ale rudzielec uparcie milczał. Wstał i podszedł do drzewa.
- FREDZIE WEASLEY, MÓW NATYCHMIAST! - krzyknęła Hermiona zrywając się z miejsca i podbiegając do niego.
- Dobra, dobra, ale nie bij - udał śmiertelnie przerażonego. - Molly Weasley, znana w naszym świecie jako matka dwóch najprzystojniejszych czarodziejów...
- Fred!
- No dobra. Mama mówi, że już nie może się doczekać, aż do nas przyjedziesz.
Hermiona tak się ucieszyła, że skoczyła mu w ramiona, a nogami oplotła tułów.
- Jesteś okropny! - krzyczała, śmiejąc się.
- Och, no dobra - powiedział zdołowany Fred, wypuszczając ze swoich objęć. Byli już za progiem drzwi do Hogwartu.
- Hej, Freddie, co taka mina?
- Nie, nic - powiedział, zerkając w bok.
- Hej, przepraszam - krzyknęła zrozpaczona Hermiona.
- Jasne, nic się nie stało - powiedział smutno.
- Freddie, hej, naprawdę przepraszam, nie chciałam, żeby Ci było przykro - powiedziała Miona, przytulając się do rudzielca. Nagle ten zaczął się śmiać, a ponieważ dziewczyna była na tyle drobniutka, że unosił ją bez problemu jedną ręką, zgarnął ją sobie pod pachę i zaczął biec w stronę pokoju gryfonów.
- Fred, przestań! - krzyczała roześmiana, kiedy wolną ręką zaczął ją łaskotać. - Ratunku!
Wypadli zza rogu i nieomal zderzyli się z wysoką brunetką.
- Przepraszam! - krzyknął Fred i wrócił do łaskotania przyjaciółki. Po chwili już ich nie było.
Tymczasem ta dziewczyna, Angelina Johnson, stała w tym samym miejscu ze łzami w oczach.
A więc to prawda. pomyślała. Freddie i ta głupia kujonica. Mój Freddie...
Wtedy nie mogła już powstrzymać kropel, które kapały na jej policzki. Otarła je szybko dłonią, wzięła głęboki wdech i poszła dalej.
***
Hermiona siedziała uśmiechnięta z przyjaciółmi w przedziale. Z obu stron miała śpiących bliźniaków, opierających się o jej ramiona. Ginny siedziała na kolanach u Harry'ego i rozmawiali przyciszonymi głosami. Luna, Ron i Neville zawzięcie o czymś rozprawiali. Miona wpatrywała się w biegnący za oknem pejzaż. Wszystko już było ustalone. Jej rodzice zgodzili się oczywiście na jej pobyt w Norze. Miała spędzić z nimi tydzień, dopóki nie wyjadą, a tego samego dnia ktoś z Weasley'ów miał się po nią teleportować. Wydawało się jej, że jest najszczęśliwszą osobą na świecie. W tym momencie Fred zachrapał i zsunął głowę z ramienia Hermiony na jej kolana. Szatynka zaśmiała się cicho pod nosem. Odgarnęła mu z czoła jakiś zbłąkany kosmyk. Teraz jego twarz bardziej przypominała twarz dziecka, niż mężczyzny, którym niewątpliwie się stał. Uśmiechnęła się do niego, choć wiedziała, że nie mógł tego widzieć.
Dopiero po paru sekundach wyczuła na sobie czyjś wzrok. Podniosła oczy i zobaczyła Rona, który wściekle jakby próbował ją przewiercić. Zanim zdążyła się odezwać, Ron podniósł się i wyszedł zamaszystym krokiem z przedziału.
- Ładnie się uśmiechasz, kiedy myślisz, że nie widzę - wyszeptał Fred, nadal mając zamknięte oczy, ale tylko na pozór.
- Całkiem nieźle udajesz śpiącego - odszepnęła szatynka.
- Nie udaje - powiedział. - Spałem. Ale się obudziłem. Tylko było mi za wygodnie, żeby Ci o tym powiedzieć.
Hermiona zarumieniła się. Fred usiadł i dotknął jej twarzy. Powoli zaczął się do niej zbliżać. W tej chwili już nic dla nich nie istniało. Oboje zatonęli w swoich oczach. Ich twarze dzieliły już milimetry.
- Hej kochasie - powiedział zaspany George. - Nadal tu jesteśmy.
I oto jest, rozdział 5! Troszkę krótki, w sumie akcja nie poszła naprzód, ale chciałam wkleić troszkę scen rodem z Fremione. Mam nadzieję, że się podoba, ale przyjmę każdą krytykę:)
Jeśli czytasz, to skomentuj! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz